Szkolny Kącik Literacki

Kochani Uczniowie!

 

Wiemy, że są w naszej szkole utalentowani młodzi pisarze i poeci. Z myślą o Was stworzyliśmy na naszej stronie internetowej Szkolny Kącik Literacki, gdzie będziemy publikować Wasze prace poetycko - literackie. Znajdą się tutaj teksty nagradzane na różnych konkursach, w których bierzecie udział, ale także teksty, które często piszecie dla siebie, do szuflady. Zachęcamy gorąco do współpracy tych, którzy chcieliby pochwalić się swoim talentem właśnie w Szkolnym Kąciku Literackim.

 

nauczyciele języka polskiego

 

 
 
 

Rodzinny Skarb, czyli opowieść mojego pradziadka

Praca konkursowa Karola Pudłowskiego z kl. IVb, który zdobył II miejsce w Powiatowym Konkursie "Szanujmy wspomnienia"

 

Na komodzie u mojej prababci Wandy stoi piękna, porcelanowa figurka Matki Bożej Fatimskiej. Prababcia bardzo o nią dba. Stawia koło niej kwiaty i widać, że bardzo ją lubi i otacza szczególną opieką. Wiem, że kiedyś tę figurkę otrzyma mój dziadziuś, Zbyszek. Zaciekawiło mnie, dlaczego jest ona tak ważna dla mojej rodziny. Usłyszałem kilka związanych z nią historii, a jedną z nich chciałbym się z Wami podzielić...

W czasie II wojny światowej moi prapradziadkowie, Adam i Bronisława wraz ze swoimi małymi dziećmi, Jadwigą i Jackiem (moim pradziadkiem), zostali wywiezieni do obozu na terenie Niemiec. Później znaleźli się, jako pracownicy, w rodzinie niemieckiej, dzięki temu, że prapradziadek świetnie znał ten język. Była tam z nimi również figurka, która od jakiegoś czasu pozostawała w ich rodzinie. Praprababcia Bronia modliła się do tej niej w każdej ważnej potrzebie i wierzyła, że Matka Boża otacza jej rodzinę opieką w tym trudnym czasie.

Zbliżał się koniec wojny... Tereny niemieckie były nieustannie bombardowane. W końcu, w tej miejscowości, gdzie mieszkali pradziadkowie, pojawiły się wojska radzieckie. Nakazały one polskim rodzinom powrót do ojczyzny, kontrolując, by nikt nie zechciał zostać na zachodzie. Niemcy nie poddawali się łatwo. Miasta były wciąż obrzucane bombami, a na ulicach trwały walki... Zbombardowano także dom, w którym mieszkała moja rodzina... Prapradziadkowie stracili swój niewielki majątek, choć - na szczęście - sami nie odnieśli ran. Ruszyli w powrotną drogę do domu i przeszli już spory kawałek drogi, gdy nagle praprababcia Bronia przypomniała sobie o figurce Matki Bożej. Przecież w tej zawierusze Ją zostawiła! Prapradziadziu próbował ją zatrzymać, dzieci płakały, ale ona zdecydowanie, choć ze strachem w oczach wróciła po swoją Mateńkę, ryzykując tym samym swoje życie. Na szczęście okazało się, że figurka ocalała... Udało się! Znowu Opiekunka naszej rodziny była z nami...

Nie minęło wiele czasu, a Matka Boża odwdzięczyła się prababci za wierność i wiarę. Prapradziadziu Adam oddalił się na chwilę z kolumny, konwojowanej przez żołnierzy radzieckich, by poszukać czystej wody dla dzieci. Niestety, zostało to zauważone i żołnierze stwierdzili, że chce uciec! Związano mu ręce i poprowadzono do "komendantury", gdzie wydano rozkaz rozstrzelania go. Zrozpaczona praprababcia uklękła wraz z dziećmi w pyle drogi i zaczęła żarliwie modlić się do Matki Bożej, prosząc o ratunek. Zobaczył to dowódca żołnierzy i... stał się cud! Prapradziadziu został uwolniony i pozwolono mu wrócić do najbliższych.

Wiele jeszcze razy Matka Boża pomogła mojej rodzinie. Po śmierci prapradziadków Rodzinny Skarb, jak nazywamy tę niezwykłą figurkę Matki Bożej Fatimskiej, otrzymał w spadku ich najstarszy syn, mój pradziadek Jacek. Potem kolejno otrzyma ją w spadku mój dziadziu Zbyszek, a po nim prawdopodobnie ja, jako najstarszy wnuczek. Chciałbym kiedyś spisać wszystkie historie, związane z tą rodzinną pamiątką. Wierzę, że i mnie przez nią otoczy opieka Matki Bożej.

Historię tę opowiedział mi mój pradziadziek, Jacek Pudłowski. Na zdjęciu poniżej jest jego ojciec, a mój prapradziadziu, Adam Pudłowski, osoba która jest otoczona w mojej rodzinie wielkim szacunkiem, ale to już całkiem inna historia...

 

Mój prapradziadek Adam Pudłowski ze swoim wnukiem, a moim dziadziem Zbyszkiem



 

 
 

Oliwia Rodzeń, klasa VIc

I miejsce w III Poetyckim Konkursie Bożonarodzeniowym 2016

Adwent i Święta

 

Grudniowe noce są zimne i ciemne,
Wyjście w taką noc nie jest przyjemne,
Ale jest adwent, czas iść do kościoła,
Bo na roraty dzwon z dzwonnicy woła.


Biorę więc lampion i niosę go w ręce,
By rozgrzać na przyjście Dzieciątka swe serce.
I iść z przyjaciółmi na spotkanie Boga,
Gdyż w grupie łatwiejsza i milsza jest droga.


Koniec adwentu, czas na świętowanie,
Jak dobrze być w domu przy tacie i mamie,
Którzy bardzo troszczą się o nastrój w domu
I wigilijną kolację szykują - wiadomo!


Już choinka stoi pięknie przystrojona,
Lampkami, bombkami, łańcuchem wzbogacona.
A na górze Anioł z dużymi skrzydłami
W srebrzystej sukience spogląda za nami.




Pod choinką szopka - Maryja i Józef, bardzo utrudzony
W żłóbku małe Dziecię - Jezus urodzony.
Aniołowie, pastuszkowie i owieczki stoją,
A wołek i osiołek głowami kiwają.


I stół już nakryty obrusem bialutkim
I sianko, i świeca z obrazkiem malutkim
I najważniejsze to opłatek biały,
Bo dzielić się trzeba mocą Bożej chwały.


I modlitwa płynie, wszak to już są święta.
"Pobłogosław Boże!" - każdy z nas pamięta,
A potem "Smacznego" barszcz słucha uszkami,
Co robi kapusta i mak z kluseczkami?


Co też mówią karpie, choć głosu nie mają,
A pierogi z kaszą do grochu zaglądają.
Wszystko jest przepyszne i godne jedzenia,
A potem pasterka Bożego Narodzenia.


Śpiewamy też wszyscy razem z aniołami,
Błogosław nam Jezu swymi rączynami!
"Daj nam, Boże Dziecię, pokój na tym świecie,
Hej, kolęda, kolęda..."

 





Jan Górski, klasa VIb

II miejsce w III Poetyckim Konkursie Bożonarodzeniowym 2016

***

 

Już pierwsza gwiazda na niebie zabłysła,
Jest siano, opłatek, jemioła,
A z mego serca wszelka trwoga prysła,
Gdy usłyszałem anioła.


Jeśli twe serce jest pełne wiary,
To ja ci pożyczę swe skrzydła,
Żebyś poleciał tak jak anioł stary,
Powitać Dziecinę wśród bydła.


Leciałem po niebie tak jak biała sowa,
W blasku księżyca i w chłodzie,
Mając w pamięci anielskie słowa:
"Betlejem jest na Bliskim Wschodzie".


A kiedy w oddali ujrzałem stajenkę,
Stanąłem stopami na trawie,
W stajence spotkałem Najświętszą Panienkę
Z Dzieciątkiem na miłej zabawie.


O Bożę nasz dobry jak wielkim przykładem
Dla ludzi jest Twe Narodzenie,
Choć ciągle próbują podążać Twym śladem,
Zbyt często wpadają w zwątpienie.


O Mała Dziecino, chcę Ci wynagrodzić,
że zło na tym świecie szaleje.
Sprawię, abyś się w każdym sercu mógł narodzić,
a nie raz do roku w Betlejem.




 

 
 

Amelia Słaby, klasa IVb

wyróżnienie w III Poetyckim Konkursie Bożonarodzeniowym 2016

Boże Narodzenie

 

Zbliżają się święta piękne i magiczne,
Przyjedzie rodzina i będzie ślicznie.
Choinki blask rozświetla pokój,
Wszystkich ogarnia miłość i spokój.
Dzieci wypatrują pierwszej gwiazdki,
By usiąść wreszcie do wigilijnej kolacji.
Stół obficie zostawiony,
Biały obrus położony,
Pod nim sianko świeżo pachnie,
Dzisiaj długo nikt nie zaśnie.
Biały opłatek i życzeń moc
W tę piękną bożonarodzeniową noc.
Na choince cukierki, lizaki,
Dzieci za nie dają rodzicom buziaki.
Góra prezentów, wspólne świętowanie,
Coroczne rodzinne kolędowanie.
Mały Jezusek nam błogosławi,
Nigdy w potrzebie nas nie zostawi.
 





Anna Mosur, klasa IVb

Niechciane czarne kociaki

 

Co z nimi nie tak,
Że siedzieć muszą w klatkach?
Co z nimi nie tak,
Że spać muszą na zimnie i w deszczu?
Co z nimi jest nie tak,
Że na nie nikt nie czeka?
Co z nimi nie tak, pytam!
Czarne, w schronisku!
A każdy z nich patrzy z nadzieją i nie wiadomo,
Który smutniejsze ma oczka...
Co to za życie bez kota na sofie,
Boskiego mruczenia, gdy się za uchem drapie.
Tych wiernych oczu, które śledzą nasz gest.
W tych kocich oczach przecież coś jest!
To ogrom miłości, ocean radości,
Miłość na zawsze...
Wiem o tym doskonale,
Bo mój kot kocha mnie ogromnie,
Jest ze mną niezawodnie.
Łapki ma śliczne, kochane,
Tak pięknie mruczy nad ranem.
Uwielbia drapanie za uszkiem
I kocha moją poduszkę.
Gdy więc zrzucisz płaszcz swej dumy,
Do schroniska udaj się!
W ich oczach mieszka ciężka dola,
Między kraty smutek wciska nos...
W smutne oczy spojrzysz wtedy i zrozumiesz, że
Czarny kociak miaucząc, Ciebie chce!





Gabriela Bobko, klasa VIb

O tym, że zwierzęta czują...

 

Pewien mały piesek o wielkim sercu,
Panią swoją bardzo kochał.
Lecz pewnego smutnego dnia,
Stało się - na ulicy zostawiła go!


Biedak się błąkał, szukał schronienia,
I pani swej szukał - daremnie!
Noc taka ciemna, pełna skomlenia,
Sam, głucho i zimno - wyglądał tak biednie.


Nie ma pełnej miski, ciepłej poduchy,
Zbierał po ulicy jakieś okruchy.
Dlaczego tak ciężko - myślał boleśnie,
Przecież tak kochał i zawył żałośnie.


Zjawili się ludzie, popatrzyli i powzdychali,
Tak, do schroniska go szybko oddali.
A tu kolegów szybko nowych poznał
I przyjaźni, i radości biedaczek doznał.


I czekał... Jak inni, bo tak mówili,
Że trzeba czekać. Tak doradzili.
I przyszła Ola, tak miała na imię,
Pokochała i zabrała, dała miłość.


"Zwierzęta czują" - to piękne słowa,
Budują radość, miłość, nadzieję,
Ze los się odwróci, słońce zagrzeje,
I życie zacznie się od nowa.


Te małe istoty to tyle miłości,
Której nam, ludziom często brakuje...
Weźmy tę miłość, niech u nas zagości,
A zwierzęce serce niech się raduje!





Klaudia Horeczko, klasa VIb

wyróżnienie w III Poetyckim Konkursie Bożonarodzeniowym 2016

Gwiazda

 

Gwiazda jest tak piękna,
Jak jej pióro, które nigdy nie zawodzi.
Jak pies, który czeka na właściciela...
Jej to właśnie przyznano ten zaszczyt
Być pierwszą... na wigilię...
Dlaczego się nie cieszy?


Ten czas dla nas tak ważny,
A ona się smuci, rozpacza...
Ale stoi prosto, na baczność.
Świeci inaczej, nie tak jak dawniej,
Więc pytam: dlaczego?
Nieruchomo spogląda na inne gwiazdy
Swymi lśniącymi oczyma.
Czy ona ma rodzinę, przyjaciół?
Może dlatego smutna i bez nikogo...?





Oliwia Polańska, klasa VIb

Kuleczka

 

Pewnego razu mała kuleczka
Przyplątała mi się do nogi.
A była to zima.
Drżał z zimna, chłodu i wiatru...
A mnie wydawało się, że płacze...
Ujrzałam małą, słoną łzę,
Która spłynęła po jego zziębniętej mordce.


I serca bym nie miała,
Gdybym go nie zabrała.


Zwierzę a człowiek,
Dużej różnicy nie ma?
Czują, kochają,
Tęsknią, się radują.


Jest on moją cząstką
I mojej rodziny.
To mój przyjaciel, choć kudłaty.


Kiedy jest mi smutno,
Kiedy jest mi źle,
Przyjdzie mój wierny przyjaciel


I pocieszy mnie.
Niewierny przyjaciel opuści cie w biedzie,
Zwierzę zawsze zostanie w każdej potrzebie.





Oliwia Polańska, klasa VIb

Oczekiwania

 

Wpatruję się w okno
I widzę płatki śniegu,
Które aniołki z wysokiego nieba
Sypią nam na głowy.
To znak? że wkrótce nadejdzie moment,
Czas wspólnego spędzania czasu z rodziną.


W ciągłej rutynie,
W bezmyślnym czasie,
Wreszcie mam chwile dla Boga...


Pod stołem już sianko,
Z uszkami barszcz,
Wigilijny karp,
Choinki blask.


Z rodziną razem zasiądziemy do stołu,
A gdy już nadejdzie chwila
I zegar zacznie pomrukiwać,
Wszyscy ujrzymy bezchmurną noc,
Zabiją dzwony, nadejdzie ta Moc...




 

 
 

Rozmowa z Sybirakiem
Bronisławem Klepackim

Błażej Klepacki, Szkoła Podstawowa Nr 15 w Przemyślu

 

Chciałbym krótko opisać historię z życia mojego dziadka Bronisława Klepackiego, który przeżył II wojnę światową. Mimo tragicznych doświadczeń, bolesnych przeżyć, codziennego życia w nieustannym strachu, potrafi każdego rozweselić, obdarzyć ciepłym słowem i wspomóc w ciężkich sytuacjach. Mój dziadek prawie nigdy się nie smuci, nie narzeka, nie zazdrości innym, cieszy się tym, co ma i docenia to. Zawsze ma czas na zabawę ze mną i moim bratem. Pomyślałem, że skoro mam tak wspaniałego członka rodziny, to warto by było o nim napisać i nadarzyła się ku temu okazja, czego efektem jest mój udział w konkursie pt. "Szanujmy wspomnienia".
Senior naszej rodziny mieszkał wraz z bliskimi w małej wiosce Łuczyce koło Przemyśla. Gdy miał 8 lat, przyszli do jego domu zupełnie niespodziewanie żołnierze radzieccy. Kazali się spakować w 30 minut. Rodzice dziadka zgromadzili najpotrzebniejsze rzeczy, przede wszystkim ubrania, buty, żywność, bo była wówczas sroga zima. Żołnierze zawieźli rodzinę dziadka i jego samego saniami na rampę na Bakończyce. Stały tam ogromne wagony towarowe do przewożenia bydła. W pociągu jechało sporo ludzi, ściśniętych jeden przy drugim. Pośrodku wagonu stał mały piecyk, który nazywano "kozą", a obok niego było wiadro z węglem i z zamarzniętą wodą. Warunki tam panujące były surowe, było zimno, tłoczno, ciemno i dominowało uczucie strachu, które potęgowało się z każdą kolejną chwilą - cel podróży nie był znany. Polacy jechali pociągiem bydlęcym długo, bo około 5 tygodni. Po drodze dostawali jedynie wodę i zupę, która była bardzo niesmaczna, ale głodni zjadali wszystko.
W czasie podróży ludzie modlili się i śpiewali pieśni patriotyczne. Wspierali się jak mogli, by dodać sobie otuchy. Po wielu tygodniach nasi rodacy dotarli na Syberię. Nie wiedzieli, co się teraz z nimi stanie. Część z nich załadowano na sanie, ale większość musiała iść pieszo. Wielu też ich przez to umarło - z wycieńczenia, głodu, z tęsknoty za krajem, z braku nadziei. Wreszcie dotarli...
do małych drewnianych domków, takich bez duszy i bez serca, tam zamieszkali. Kazano im pracować przy wycince drzewa w tajdze, była to bardzo ciężka praca, niezwykle wyczerpująca. Nie pozostawiono im nadziei, żołnierze rosyjscy powiedzieli, że tu będzie grób Polaków, że nigdy nie wrócą do swojej Ojczyzny, do swoich rodzin... Ciężkie było życie z taką świadomością, okrutne i odbierające ostatki nadziei.
Na Syberii zmarł tato i siostra mojego dziadka, nie dożyli powrotu do Polski. Starszy brat dziadka zapisał się do wojska polskiego, dzięki czemu mój dziadziuś i jego rodzina mogli wyjechać z Sybiru. Udali się do Kazachstanu, potem do Krasnogorska i dalej statkiem do Iranu.
W Teheranie zmarł starszy brat dziadka - żołnierz, a Bronisława Klepackiego wraz z jego z mamą i siostrami przewieziono do Afryki. Mieszkali w małych słomianych domkach. Było im ciężko, lecz wiedzieli, że nikt nie ma nad nimi władzy i że mają lepiej niż w śniegach Syberii. Uczyli się tam i pracowali. Dziadek wraz z kolegami robili sobie piłkę z różnych starych szmat i kopali między sobą w wolnych chwilach. Chodzili na plantacje bananów, by je zebrać, a potem sprzedać. Dziadek miał swoją ulubioną małą małpkę, która stała się jego przyjacielem i z którą często się bawił. Członkowie mojej rodziny żyli tam, pracowali, mieli znajomych, lecz nikt ich nie pilnował. Byli wolni. Chcieli bardzo wrócić do ojczystego kraju, lecz nie było to możliwe, ponieważ wojna trwała nadal.
Gdy mój dziadziuś i jego najbliżsi dowiedzieli się, że Niemcy się poddali i Polska stała się wolnym krajem, zaczęli wracać do wytęsknionej i upragnionej oraz umiłowanej Ojczyzny. Niewielu naszych rodaków powróciło do siebie. Wielu z nich zostało albo na Syberii albo w Afryce- na zawsze, niektórzy zmarli tam.
Są i tacy, którzy jeszcze żyją z dala od Ojczyzny.
Mój dziadek po powrocie do Polski zamieszkał w Przemyślu, niedaleko wioski, w której kiedyś przebywał - jako dziecko. Śniły mu się i nadal śnią te wszystkie bolesne, okrutne rzeczy, których doświadczył. Przez wojnę stracił prawie całą rodzinę. Przyniosła ona dużo zła na świecie. Pogubione rodziny, strata bliskich, dzieci bez rodziców, zniszczone miasta, pustka, ból... Była też i radość. Ludzie się cieszyli, że powolutku wraca poczucie bezpieczeństwa, że mogą mieszkać we własnych domach i w wolnym kraju, że dzieci mogą rozpocząć naukę w szkołach, że zaczyna się normalność, bez przemocy oraz okrucieństw wojny.
Mój dziadek jest Sybirakiem i Afrykańczykiem, chodzi na wszystkie uroczystości związane z wojną, bo te wspomnienia, chociaż bolesne, są w jego sercu. Opowiada młodemu pokoleniu o tamtych czasach i pokazuje, że trzeba pielęgnować życie w pokoju, braterstwie, serdeczności i miłości. Jestem dumny z mojego dziadka, który pomimo tylu dotkliwych doświadczeń życiowych, jest osobą pogodną, ceniącą życie. Jest po prostu dobrym człowiekiem. Cieszę się, że żyję w takich czasach, gdzie nie ma wojny. Szanuję wspomnienia mojego dziadka i zawsze będę je szanował. Dziadziuś jest dla mnie wzorem do naśladowania.
 

Rozmowa z babcią
Natalia Garbacik, Szkoła Podstawowa Nr 15 w Przemyślu

 

Pewnego zimowego dnia pojechałam na wieś do ukochanej babci. Mama mojej mamy ma na imię Zofia i ma już 79 lat. Bardzo lubię rozmawiać z nią na przeróżne tematy, często zwierzam się jej także z najmniejszych problemów. Jednak najbardziej lubię, kiedy babcia Zosia opowiada mi o tym, jak wyglądało życie 30 lat temu, jak młodzi ludzie się bawili, jak się ubierali, jak przebiegało życie szkolne... Babcia żyje już bardzo długo na tym świecie i często słyszę z jej ust słowa: "Za moich czasów...". W przeciągu kilkudziesięciu lat, życie codzienne ludzi bardzo się zmieniło... Można nawet powiedzieć, że w znaczący sposób.

Kiedy odwiedzam moją babcię, uwielbiam oglądać jej stare albumy ze zdjęciami. Widzę, jak bardzo zmienia się jakość fotografii... Dawniej były to zwykłe, szare zdjęcia wykonywane najprymitywniejszymi aparatami na kliszę i do tego głównie w zakładach fotograficznych. Dziś "gołym okiem" można zauważyć postęp technologii, m.in. aparaty z milionem funkcji i przeróżnymi obiektywami. W telefonie komórkowym każdy niemal ma aparat fotograficzny i może zrobić zdjęcie w każdej chwili, w każdej sytuacji. Jednak te fotki nie mają takiej wartości jak fotografie wykonywane za czasów dzieciństwa mojej babci. Wtedy to była prawdziwa sztuka, coś jednostkowego, niepowtarzalnego. Teraz, kiedy widzę obraz sprzed 30 lat, uświadamiam sobie, że jest to najcenniejsza pamiątka i najpiękniejsze uwiecznienie przeszłości, jakie może istnieć.

Gdy dwa dni temu moja babcia obchodziła urodziny, postanowiłam, że złożę jej wizytę i zostanę u niej na noc. Zrobiłam jej ogromną niespodziankę i przyjechałam bez zapowiedzi.

Babcia uradowała się niesamowicie, ponieważ uwielbia spędzać czas ze swoimi kochanymi wnuczętami.
- Babciu... Mam do Ciebie prośbę...-odezwałam się .
-Tak, kochanie?
-Czy możesz opowiedzieć mi, jak kiedyś obchodziło się Boże Narodzenie?
-Jasne, słoneczko. Zacznę więc od tego, że wszyscy przygotowywali się do świąt już od lata ! Grzyby... Owoce... Wszystko trzeba było zebrać, wysuszyć , a niekiedy robić przetwory. Na różnego rodzaju jarmarkach kupowano ryby. Często były to śledzie. Zamożni zaś kupowali holenderskie, a ubodzy , tak zwane szkockie. Ci, którzy posiadali większe gospodarstwa domowe z lasem w pobliżu, polowali na dziczyznę. Każdego ranka podczas adwentu, chodzono na roraty. Przynosiło się na nie białe świece ze wstęgami. W każdym domu w dniu Wigilii przygotowania trwały od bladego świtu. Krzątanina i zamieszanie, które towarzyszyły w kuchni, były nieodłącznym elementem corocznych przygotowań do zbliżających się świąt. Bardzo czujnie zważano na to, aby pierwszym gościem był mężczyzna, co zwiastowało dostatni przyszły rok. Kobiety w ciąży w świąteczny dzień nie mogły prać i prząść. Ciekawostką dla Ciebie, moja droga dziecinko, może być to, że do przełomu XVIII/XIX wieku, przez całe stulecia nikt nie ubierał choinki.
- Naprawdę ? - zdziwiłam się - Przecież w dzisiejszych czasach, ze świętami kojarzy nam się przede wszystkim to zielone, wyjątkowe drzewko... Przepraszam babciu, że Ci przerwałam. Możesz kontynuować...
- Dobrze, wnuczko...Kiedyś wierzono, że na przełomie starego i nowego roku duchy nawiedzały swoje domy, w których mieszkały za życia i zasiadały przy wigilijnej wieczerzy. Nie wolno było wykonywać żadnych prac, rąbać drewna - aby nie zrobić krzywdy krzątającym się po domu duszom. Dzielono się z nimi nawet opłatkiem, kładąc go na talerzu. Przy stołach siadano w parzystej liczbie osób. Natomiast, kiedy biesiadników było 13... No cóż, był to PECH! TRAGEDIA! Stawiano wtedy pod stołem coś żelaznego.
- Bardzo ciekawe... Babciu... Wiem , że nasze ,,pogaduszki" mogłyby tak trwać i trwać... - Przerwałam babci Zosi. Powiedz mi tylko, jak to było z potrawami?
- Potrawy głównie miały składać się ze wszystkich płodów, jakie rodzi przyroda. Były to dania mączne, suszone owoce, orzechy, kapusta, mak, groch, ryby i grzyby. Jako przykład: karp w sosie migdałowym, śledź smażony lub w sosie miodowym, sandacz w grzybach lub w chrzanie...
- Babciu , jesteś najlepszą skarbnicą wiedzy, jaką mogłam sobie wymarzyć. Bardzo Cię kocham...
- I ja cię kocham! A przy kolejnej wizycie opowiem Ci, jak wyglądała moja studniówka, przygotowania do niej, wybór ubioru, dodatków, bal i z kim na niej tańcowałam...
- Oj, babciu, będziesz mnie trzymać w niepewności, może dzisiaj o tym pogawędzimy, proszę...
- Wiele jeszcze historii mojej przeszłości mam ci do opowiedzenia, drogie dziecko, ale na wszystko przyjdzie czas, obiecuję.
Podziękowałam i pożegnałam moją zapracowaną babcię, na którą czekały kolejne obowiązki domowe. Dzięki tej rozmowie zdobyłam ciekawe informacje na temat obyczajów świątecznych - dawniej. Uwielbiam tak gawędzić z moją babcią o czasach jej dzieciństwa, młodości, poszerzać swoją wiedzę na ten temat. Czasem łezka w oku się zakręci, że babcia miała tak ciężko w życiu, a jednak potrafiła się tym życiem radować. Zawsze po rozmowie z babcią dopada mnie refleksja, że ja dzisiaj, chociaż mam tak dużo materialnie, to nie zawsze to doceniam... Moja ukochana babcia...
 

Dar
Klaudia Napora, Szkoła Podstawowa Nr 15 w Przemyślu

 

Dzień zaczął się jak zwykle. Byłem na służbie wojskowej, a dokładniej w 13-tym Pułku Ułanów. Dlatego też musiałem wcześnie wstać, a mianowicie o 5.00. Jak co dzień, przeprowadziliśmy ćwiczenia typu: pompki, przysiady, biegi. Kolejno udaliśmy się na dwór, by wykonać trudniejsze czynności. Tam też dowiedzieliśmy się, że następnego dnia wyruszymy na działania wojenne poza bazą. To była nasza pierwsza akcja przeprowadzona w czasie II wojny światowej. Po ogłoszeniu tej informacji przystąpiliśmy do ćwiczeń. Było to dość trudne. Zajęliśmy się ćwiczeniami na dość długi czas, od razu, gdy skończyliśmy , zaczęliśmy pakować najpotrzebniejsze rzeczy i położyliśmy się spać.

Następnego dnia wstaliśmy jeszcze wcześniej i od razy wyruszyliśmy w drogę. Jechaliśmy konno. Według rozkazu mieliśmy iść na pierwszy ogień. Po dwóch godzinach drogi jeszcze nie dotarliśmy w wyznaczone miejsce, lecz byliśmy bardzo głodni, więc zatrzymaliśmy się, by coś zjeść i się napić. W tym momencie czułem jakby ktoś nas obserwował, byłem niespokojny. Nagle niespodziewanie zjawili się Niemcy, zaczęli coś krzyczeć i próbowali nas pojmać. Stawialiśmy opór, lecz nie na długo. Konie się spłoszyły, a nas Niemcy prowadzili do obozu koncentracyjnego Auschwitz - tylko tyle zrozumiałem z rozmowy dwóch mężczyzn. Nie wiedziałem do końca, co się ze mną stanie.

Szliśmy już trzy dni. Byłem bardzo zmęczony, nie wiedziałem, czy jest sens próbować uciec, lecz moi koledzy byli innego zdania, a szczególnie najmłodszy z nas. Tym razem kolejne próby ucieczki były błędem. Niemcy stwierdzili, że nie będą się już trudzić i postanowili rozstrzelać uciekiniera na miejscu. W głębi serca czułem ogromną rozpacz i wściekłość na Niemców, bo zdążyłem polubić tego chłopaka i tak po ludzku żal mi było straconego życia, pomyślałem też o jego rodzinie, którą dotknęła w tym momencie taka - nie do opisania - strata. Szliśmy i szliśmy, utrudzeni, głodni. Gdy czujność Niemców była nieco uśpiona, postanowiłem wykorzystać chwilę zamieszania i szybko schowałem się w krzaki za betonową studnią . Na szczęście nikt nie zauważył mojego zniknięcia. Wtem usłyszałem czyjś głos:
-Tadek, Tadek! - krzyczał mój najlepszy kolega.
Lecz ja nie mogłem się ujawnić. Z bólem serca czekałem w ukryciu, wtedy słyszałem Tadeusza ostatni raz. Zginął w obozie w Auschwitz, zagazowany - takie informacje uzyskałam po wojnie. Może gdybym zabrał go ze sobą, może przeżylibyśmy obaj, a może żaden z nas, często takie myśli kłębią mi się w głowie.

Przeczekałem, aż wszyscy pójdą w dalsza drogę i gdy było cicho i pusto, wyszedłem z ukrycia. Nie wiedziałem, gdzie jestem. Bałem się. Szedłem przez trzy noce i dwa dni. Byle przed siebie i jak najdalej od tego miejsca. Wszędzie było niebezpiecznie. Głodny, zmarznięty, przemoczony, przerażony i ogromnie samotny. Nie znałem celu podróży, nie wiedziałem, kogo spotkam, a jeśli spotkam, czy to będą dobrzy, czy źli ludzie.

Mijałem lasy, parę zabudowań, ale bałem się dokądkolwiek wstąpić. Kiedy zauważyłem stodołę, stwierdziłem, że to jest cel mojej wędrówki, gdyż głód i wyczerpanie dały mi się mocno we znaki. Chyba nie myślałem wtedy racjonalnie , pragnąłem schować się, odpocząć, ogrzać i coś zjeść.

Po dwóch godzinach znalazł mnie jakiś Ukrainiec. Przechował mnie, ponieważ umiałem pacierz w jego języku. Dał mi trochę mleka, chleba, ciepłe ubranie i poczułem się trochę lepiej. Na drugi dzień zjawił się w stodole jakiś Niemiec, lecz na szczęście zdążyłem się ukryć w sianie. Ukrainiec mnie nie wydał, do dzisiaj nie wiem, dlaczego. Może bał się i o swoje życie? Niemiec był podejrzliwy i zaczął przeszukiwać stodołę, w tym i siano, w którym się skrywałem. Nie znalazł mnie. To, co wówczas przeżyłem, ten potworny strach o własne życie, to na zawsze pozostanie w moich wspomnieniach i w moim sercu. Jeszcze dzisiaj na samo przywołanie tamtej sytuacji, ogrania mnie paniczny strach, obawa o własne życie. Doceniajmy każdy dzień naszego życia, bo jest on darem, a moje wspomnienia z okresu wojny przypominają mi o tym każdego dnia.
 

Lipiec 1940
Monika Seredyńska, Szkoła Podstawowa Nr 15 w Przemyślu

 

Miałam wtedy niespełna 9 lat, a pamiętam ten dzień jakby to było wczoraj. Zdarzenie miało miejsce koło pory obiadowej, po południu. Jedliśmy posiłek, gdy w pewnym momencie do domu wszedł żołnierz pochodzenia niemieckiego ubrany w granatowy mundur. Krzyknął od progu, że mamy piętnaście minut na spakowanie się. Ojciec pobiegł po walizkę i zapakowywał do niej ubrania oraz jedzenie. Mama przyciągnęła mnie do siebie i dopiero, gdy powiedziała, że wszystko będzie dobrze, zaczęłam rozumieć - co się dzieje. Niemiec wyprowadził nas z domu i " wpakował " na drewnianą przyczepę. Jechaliśmy tak z innymi ludźmi na peron, gdzie czekał już pociąg. Zostaliśmy dosłownie wciśnięci do wagonu zbitego z grubych belek i metalowych prętów. Razem z nami weszło jeszcze siedem innych osób oraz 3- letnie dziecko na rękach jednej z kobiet. Chwyciłam mamę za rękę i zapytałam się, gdzie jedziemy, ale ona również nie wiedziała, dokąd nas wiozą.

Pierwsza noc przebiegła dosyć spokojnie, choć mimo zmęczenia i tak przez kilka godzin nie zmrużyłam oka. Bałam się zasnąć ze względu na towarzystwo Niemców, którzy czuwali we wcześniejszych wagonach. Sen zmorzył mnie dopiero po północy...
Nad ranem obudziło mnie gorące powietrze, wpadające do środka przez otwór w wagonie zabezpieczonym kratami. Zrobiło mi się słabo, ale i reszta osób nie czuła się najlepiej. Powiedziałam mamie, że chce mi się pić, ale odrzekła, że nic nie może na to poradzić i ze smutkiem w oczach popatrzyła na ojca. Tato zapytał, czy ktokolwiek w wagonie ma coś do picia, ale nikt się nie odezwał. Robiło się coraz goręcej. Około godziny 12 pociąg zatrzymał się na stacji. Kilku mężczyzn z wagonu domagało się od Niemców wody, ale oni tylko pluli w stronę krat i kazali im się uciszyć. Po kilkunastominutowym postoju otrzymaliśmy nareszcie wiadro wody, które miało wystarczyć na kolejną dobę. Jedna z kobiet użyczyła blaszany kubek, z którego wszyscy po kolei mogli się napić. Pamiętam, że po odjeździe bawiłam się przez jakiś czas z młodszym dzieckiem, które u boku swoich rodziców również brało udział w podróży.

Następnego dnia na postoju byliśmy przeliczani. Ponieważ wszystko się zgadzało, mogliśmy pod nadzorem niemieckich żołnierzy skorzystać z "ubikacji", przypominającej kilka wbitych pionowo w ziemię desek. Gdy wróciliśmy do wagonu, zjedliśmy dwie kromki chleba, które mieliśmy ze sobą. Mój ojciec razem z innym mężczyzną oderwali z walizki zawiasy i ich ostrą częścią zaczęli po odjeździe pociągu przebijać deskę. Po godzinie piłowania, drewno zaczynało się lekko kruszyć. Potem było już tylko lepiej. Deska poczęła się wyginać, aż w końcu, gdy nastała noc, można było jej część oderwać. W pewnym momencie rodzice z widocznym żalem i łzami w oczach powiedzieli, że będę musiała wyskoczyć. Serce stanęło mi w gardle. Chciałam pytać, co będzie z nimi, ale wyprzedzili moje pytanie i powiedzieli, że tylko ja i trzylatek zmieścimy się w otwór. Zaczęłam płakać i tłumaczyłam, że chcę zostać z nimi, że się boję. Oni jednak twierdzili, że tylko w ten sposób mam szansę, aby przeżyć.

Gdy nastał już ten moment, w którym miałam to zrobić, ostatni raz przytuliłam z całych sił do rodziców, gorzko płacząc. Napiłam się jeszcze wody, wzięłam na ręce dziecko i chwyciłam walizkę z jedzeniem i ubraniami. Jeszcze raz pożegnałam się z bólem w sercu, a matka ucałowała mnie w czoło. Wystawiłam nogi, a następnie głowę przez otwór. Byłam przerażona. Pociąg pędził z ogromną prędkością. Strach, który towarzyszył mi w tamtej chwili był paraliżujący, niemożliwy do opisania słowami. Ścisnęłam mocno zęby, przycisnęłam do siebie dziecko i odepchnęłam się nogami od metalowej podstawy wagonu. Skoczyłam... Leciałam tak przez ułamek sekundy, a następnie uderzyłam o ziemię. Znalazłam się w wysokiej, gęstej trawie. Usłyszałam jeszcze pięć strzałów, ponieważ najprawdopodobniej jeden z Niemców przebywających dwa wagony wcześniej dostrzegł moją ucieczkę. Jeden ze strzałów trafił w walizkę, a kolejny kilka centymetrów przede mną. Cudem uszłam z życiem. Leżałam tak w trawie przez kilka minut z płaczącym dzieckiem. Próbowałam dojść do siebie. Cieszyłam się, że przeżyłam, ale nie mogłam pogodzić się z myślą, że już nigdy więcej nie zobaczę moich ukochanych rodziców. Szłam z trzylatkiem przez gęsty, ciemny las szukając schronienia, gdy w pewnym momencie usłyszałam, że ktoś woła mnie po imieniu, a następnie ujrzałam zarysy kilku osób biegnących w moją stronę. Nie wiedziałam, czy mam uciekać, czy może stał się cud i inni również wyskoczyli z pociągu. Gdy mogłam już rozpoznać ich twarze, zaniemówiłam i rzuciłam się w stronę... ojca! Okazało się, że dziurę dało się powiększyć i moi rodzice oraz matka dziecka wyskoczyli. Gdy zapytałam tatę, gdzie mama, złapał mnie za ręce i łagodnym głosem powiedział, że jej się nie udało. Zrozumiałam, że musiała zostać zastrzelona przez żołnierza niemieckiego, gdy próbowała się wydostać z tego piekła. Miałam wtedy mieszane uczucia. Z jednej strony był przy mnie ojciec i mogłam czuć się bezpiecznie, ale docierało do mnie coraz wyraźniej, że moja jedyna, ukochana mama, już nigdy nie weźmie mnie w ramiona... Od tamtego momentu teren porośnięty gęsto drzewami stał się moim miejscem zamieszkania. W tym właśnie lesie, obcym mi wtedy, dalekim od rodzinnego domu wychowywałam się i żyłam przez długie lata. Poznałam tam, co to znaczy prawdziwa wolność i wiem, że trzeba szanować ją nade wszystko, bo nigdy nie wiadomo, kiedy można ją stracić. Wspomnienia z okresu mojego dzieciństwa, choć bolesne, są dla mnie niezwykle wartościowe, bo oprócz całego wojennego zła, są w nich moi rodzice, moja Ojczyzna, mój dom rodzinny.
 

Szkolne lata mojej babci
Magdalena Michalew, Szkoła Podstawowa Nr 15 w Przemyśl

 

Zawsze zastanawiałam się, jak wyglądało życie w szkole w XX wieku. Jako, że jestem bardzo ciekawska, postanowiłam wypytać o to moją babcię. Oto mój wywiad z najstarszą osobą w mojej rodzinie:
- Kiedy byłaś mała, to do której szkoły podstawowej uczęszczałaś?
- Do SP nr 10 , tylko dla dziewczyn, mieszczącej się przy ulicy św. Jana w Przemyślu. Jednak uczyłam się tam tylko dwa lata. Od trzeciej do siódmej klasy chodziłam do Szkoły Podstawowej Nr 4 przy ulicy Grunwaldzkiej, ponieważ ustanowiono klasy mieszane. Wtedy szkoła trwała jeszcze siedem roczników.
- Czym wtedy pisano w szkole?
- Najpierw ołówkami, później stalówkami, a następnie piórami wiecznymi. Te przyrządy nosiło się w drewnianym piórniku razem z drewnianą linijką.
- Jakich przedmiotów się uczyłaś?
- Tych samych co ty, jednak od piątej klasy językiem obowiązkowym był język rosyjski.
- Jak zachowywano się w szkole?
- Miało się wtedy ogromny szacunek do nauczycieli i innych pracowników szkoły. Wszyscy byli zdyscyplinowani i posłuszni. Nauczyciel był dla nas autorytetem. Nawet jeśli kogoś z nauczających się nie lubiło, to swoją postawą pokazywało się poważanie i poszanowanie.
- Jakie stosowano kary?
- Jeżeli ktoś zapomniał fartuszka, to nie mógł uczestniczyć w lekcjach, musiał "siedzieć w kozie", czyli zostać po lekcjach w szkole, aby nadrobić materiał. Kiedy ktoś był nieposłuszny, wówczas nauczyciel bił go po ręce linijką. Były kary cielesne, w moich czasach można było je zadawać niesfornym dzieciom.
- Dokąd odbywały się ówczesne wycieczki?
- Najdalej do Krakowa, jednak atrakcją były również wyjazdy do Krasiczyna. Pamiętam jeden z nich, zgubiłam się wtedy nad jeziorem. Kiedy nauczyciel mnie wreszcie znalazł, był bardzo zły i za karę musiałam "siedzieć w kozie" i wykonywać zadania dodatkowe.
- Jak chodziło się ubranym do szkoły?
- W fartuszkach. Ich kolor był zawsze taki sam, czyli niebieski z białymi kołnierzykami. Osobiście nie lubiłam ich zbytnio. Nasza wychowawczyni kontrolowała naszą higienę i sprawdzała nam, czy fartuszki, kołnierzyki, skarpety i podkolanówki są czyste.
- A czy coś piłaś podczas pobytu w szkole?
- Nauczyciel chodził po klasie i rozlewał uczniom do garnuszka kakao lub mleko. Zazwyczaj były to ciepłe napoje, jednak nieraz na ich wierzchu robiły się kożuchy. Nie lubiłam ich zbytnio, no ale cóż... trzeba było być posłusznym, by nie otrzymać kary.
- Gdzie uczęszczałaś do liceum?
- Do Liceum Ogólnokształcącego im. prof. Morawskiego. Cały czas były to klasy mieszane, czyli chłopcy z dziewczynami.
- Ile było wtedy oddziałów?
- Cztery. Były to: ósmy, dziewiąty, dziesiąty i jedenasty oddział.
- Dalej uczyłaś się języka rosyjskiego?
- Tak, a oprócz tego - języka łacińskiego. Do tej pory potrafię coś powiedzieć po rosyjsku, jednak łaciński całkiem "wyleciał mi z głowy".
- Jaki ubiór był obowiązkowy w liceum?
- Granatowe mundurki z tarczą, na której był numer szkoły. I berety na głowę. Podczas upałów pozwalano nosić nam chustki.
- Jakie przedmioty były obowiązkowe do matury?
- Język polski, matematyka, rosyjski, wiedza o Polsce i o świecie.
- Co robiłaś po zaliczeniu egzaminów?
- Zamiast studiować zaczęłam pracować. Taka była potrzeba. Później poznałam twojego dziadka i z tego związku zrodziła się miłość, która trwa po dzisiejszy dzień.
- Dziękuję Ci babciu za to, że zgodziłaś się udzielić mi odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Nasza rozmowa w formie wywiadu będzie pracą konkursową w konkursie , który nosi tytuł "Szanujmy wspomnienia..." Cieszę się, bo obie bierzemy w nim udział - ja i moja ukochana babcia. Do zobaczenia na niedzielnym obiedzie!
- I ja się cieszę, że mogłam z tobą porozmawiać i opowiedzieć o swoich młodzieńczych czasach, bo rzadko mam ku temu okazję. Piękny to konkurs, bo pielęgnujący wartość dla mnie niezwykle cenną - rodzinę. Pa, kochanie i do zobaczenia wkrótce.
***
Tak oto dowiedziałam się, jak wyglądało życie dzieci podczas komunizmu. I tak miały one o wiele lepiej niż młodzież, która ginęła na frontach drugiej wojny światowej za wolność naszej ojczyzny. Po rozmowie z babcią i po lekcji historii mówiącej o czasie wojennym, wracałam do swojego domu bardziej zadumana niż zwykle, czułam, że mocniej niż dotychczas doceniam to, co mam, w tym miłość rodziny, spokój, poczucie bezpieczeństwa i że babcia jest mi bliższa niż dotychczas.
 

Dzieciństwo mojej babci
Gabriela Bobko, Szkoła Podstawowa Nr 15 w Przemyślu

 

Gdy babcia chodziła do szkoły, nie było "zerówek", a w pierwszej klasie uczyła się razem z elementarzem.
W szkole było 7 klas, a chłopcy i dziewczynki chodzili do osobnych szkół. Podłoga była zapuszczana smołą, a obuwia się nie zmieniało. W każdej klasie stał piec opalany węglem. Nie było dzwonków takich jak dziś, tylko woźny chodził po korytarzach z dzwonkiem i nim obwieszczał początek lub koniec lekcji. Z kolei ławki połączone były z krzesłami. Na środku każdej był otwór na kałamarz z atramentem, w którym maczało się pióro. Niełatwe było pisanie nim, ponieważ robiły się kleksy, a palce były całe brudne.
W szkole obowiązkowy był mundurek
w postaci granatowego fartuszka
z guzikami zapinanymi z przodu lub
z tyłu. Dodatkowo wpinany był biały kołnierzyk, a na rękawie przyszywany był herb szkoły. Jeśli uczeń był niegrzeczny, nauczyciel mógł nawet uderzyć go za karę linijką w ręce, lecz częściej stosowano pójście do kąta lub pisano zadanie karne. Od piątej klasy wprowadzano naukę języka rosyjskiego. W domach nie było telewizorów, komputerów ani telefonów... W pierwszych telewizorach były dwa kanały "pierwszy" i "drugi", a jedyną bajką była Dobranocka. W lecie bawiono się, biegano, a w zimie jeżdżono na sankach. Bardzo popularną zabawą były podchody, w których jedna osoba liczyła,
a reszta rysowała co kilka metrów strzałki jako wskazówki. Bawiono się też w łapanego, grano w klasy, skakano przez skakankę, dziewczynki bawiły się lalkami, "w szkołę", "w dom" i wiele innych.
Nie było aut, jeżdżono konno lub dorożką. Prawie w każdym domu były zwierzęta, takie jak kury, krowy, świnie. Pieniądze się oszczędzało, więc samodzielnie robiono śmietanę, masło, ser,
a świnki zabijano na mięso.

Czas mija... Teraz wszystko wydaje się inne. Może dawniej żyło się trudniej, nie było tego wszystkiego, co mamy teraz. A jednak coś nie daje mi spokoju. Babcia z tęsknotą patrzy w przeszłość... Są wartości, których nie zastąpi ani telewizor, ani komputer...
 





 

 
 

Gabriela Bobko
Przemyśl

 

Moje piękne miasto Przemyśl
A w nim cudny Rynek stoi,
Ładny też Tatarski Kopiec
I kochani bliscy moi.

Urodziłam się w Przemyślu
Tu mój dom, szkoła, życie...
Przemyśl - mała ma Ojczyzna,
San, niedźwiadek, kocham ich skrycie...

Nowa kładka jest na rzece
I podziwiam tu widoki,
I te stare kamienice
Które cieszą moje oczy.

Flaga tu powiewa nasza,
W Rynku drzemie herb dostojnie
Tutaj fajki, Szwejk i forty
Tu me życie mknie spokojnie.

Przemyśl - mała ma Ojczyzna
Tu jest mój świat cały.
Wierna jestem Przemyślowi
I na zawsze tak zostanie.




 

Oliwia Polańska
Moja Ojczyzna, kochany Przemyśl

 

Moje to - mała i cudowna.
Moje to granice i mój horyzont.
Tam gdzie się Ty kończysz, tam i ja?
Moje miasto, kochany Przemyśl.
Tu się urodziłam, tu stawiałam pierwsze kroki.
Tu na przemyskiej ziemi.

Słyszę, że to niemodne kochać swe miasto.
Bo innym tu źle, bo innym tu ciasno.
A ja im mówię: Mam swoje miejsce,
I choć wyjadę na chwilę, zaraz tu wrócę,
Zaczerpnąć chwili, zaczerpnąć Przemyśla?

Tu się nie nudzę:
Kopiec Tatarski, propozycja rodzinna,
Rynek i fontanna - z koleżanką chwila przyjemna.
Nowy most to z tatą frajda rowerowa,
A z bratem tor - jazda saneczkowa!
Muzeum Dzwonów i Fajek to z dziadkiem zabawa,
A na Fort Prałkowce z kolegą wyprawa.
Z babcią? Z babcią do Muzeum Ziemi Przemyskiej,
Gdzie wspaniała wystawa twórczości malarskiej.
A kiedy słońce świeci i jest wolna chwilka
Do Parku Lubomirskich zagląda rodzinka.
Na koniec spacer do Rynku na lody,
Bo coś trzeba zjeść pysznego, wiadomo, dla ochłody!
Zaczęłam melancholią, a kończę zabawnie:
Tak wygląda też Przemyśl, on taki jest we mnie.





 

Wiktor Wojtak
Mój dziesięciozgłoskowiec o pięknym Przemyślu

 

Przemyśl to miasto fajek i dzwonów,
Parków, kościołów i pięknych domów.

W parkach ławeczki i place zabaw,
Tym się w Przemyślu dzisiaj tu zabaw.

Wokół Przemyśla pierścienie fortów,
Niczym rozsianych po świecie portów.

Każdy fort stary i zabytkowy,
Nad każdym jest sufit betonowy.

Beton wytrzyma najcięższe działa,
zdobyć je było - sztuka niemała.

Chcesz wiedzieć więcej o forcie Przemyśl?
Chcesz tu przyjechać? Koniecznie przemyśl!





 

 
 

Recenzja Oliwii Polańskiej z klasy Vb, która wygrała I Konkurs Piszę o Książce 2016 w Gimnazjum MORAWA

 

Życie jest piękne! - zaczynam, a Ania tak właśnie kończy. Nie sposób przejść obojętnie wobec takich pięknych słów, bo Ania Shirely, bohaterka powieści kanadyjskiej pisarki Lucy Maud Montgomery, uczy mnie tego, jak pięknie żyć i jak cieszyć się z najdrobniejszej rzeczy codziennie. A życie miała niełatwe: jako sierota tuła się po rodzinach, aż w końcu z sierocińca trafia na Zielone Wzgórze, do Mateusza i Maryli Cuthbert i tu też jej nie chcą... ale zostaje! Maryla chce oczywiście surowo wychowywać Anię, ale Mateusz ma za dobre serce, zresztą dziewczynka staje się jego "bratnią duszą". Początki są trudne, a Ani co krok przytrafiają się jakieś gafy, które rozśmieszą do łez niejednego nudziarza, a "kłopoty" Ani są naprawdę niecodzienne, bo rola aktorska w przeciekającej łódce albo skok z dachu to nie lada wyczyny! Czytając każdy rozdział i każdą stronę, miałam ochotę przenieść się tam, na Wyspę Księcia Edwarda. Bogata wyobraźnia Ani sprawia, że ożywa każdy nudny zakątek, każdy strumyk, każda leśna ścieżka. I czytelnik zaczyna patrzeć na świat oczami wrażliwej Marchewki, dziewczynki, która zdobywa najcenniejszą rzecz na świecie. Jaką? Sami się przekonacie, kiedy sięgniecie po książkę.

 

"Ania..." przegrywa z komputerem, tabletem, "Harrym Potterem", "Magicznym Drzewem"? Dla mnie nie, bo to właśnie Ania mogłaby zostać moją przyjaciółką. I polecam tę powieść każdemu, kto lubi się przenieść w rozkoszny świat wyobraźni i przyrody. Bez telefonu, tabletu i facebooka!

 

 




 

 
 

Gabriela Bobko
Przemyśl


 

Moje piękne miasto Przemyśl
A w nim cudny Rynek stoi,
Ładny też Tatarski Kopiec
I kochani bliscy moi.

 

Urodziłam się w Przemyślu
Tu mój dom, szkoła, życie...
Przemyśl - mała ma Ojczyzna,
San, niedźwiadek, kocham ich skrycie...

 

Nowa kładka jest na rzece
I podziwiam tu widoki,
I te stare kamienice
Które cieszą moje oczy.

 

Flaga tu powiewa nasza,
W Rynku drzemie herb dostojnie
Tutaj fajki, Szwejk i forty
Tu me życie mknie spokojnie.

 

Przemyśl - mała ma Ojczyzna
Tu jest mój świat cały.
Wierna jestem Przemyślowi
I na zawsze tak zostanie.


wyróżnienie w Konkursie Przemyśl-Miasto-Muzeum



Kinga Wojtak
Przemyśl w ośmiozgłoskowcu


 

Piękne moje miasto Przemyśl

Nad rzeką San położone

Wszystkie sklepy i budynki

Ulicami połączone

Jego herbem jest niedźwiadek

A na wzgórzu stoi zamek

Król Kazimierz go budował

Wiele klamek zamontował

Zamek zdobią cztery wieże

Ledwo wszystko wzrokiem mierzę

Za zameczkiem park jest wielki

Tam się chodzi na spacerki

Tuż za parkiem stok narciarski

Iście widok to malarski

Jest pięknych zabytków wiele

Do zwiedzania na niedzielę

Więc zaprośmy tu rodzinę

Na zabawę i gościnę
 


II miejsce w Konkursie Przemyśl-Miasto-Muzeum



Oliwia Polańska
Moja Ojczyzna, kochany Przemyśl


 

Moje to - mała i cudowna.
Moje to granice i mój horyzont.
Tam gdzie się Ty kończysz, tam i ja...
Moje miasto, kochany Przemyśl.
Tu się urodziłam, tu stawiałam pierwsze kroki.
Tu na przemyskiej ziemi.


Słyszę, że to niemodne kochać swe miasto.
Bo innym tu źle, bo innym tu ciasno.
A ja im mówię: Mam swoje miejsce,
I choć wyjadę na chwilę, zaraz tu wrócę,
Zaczerpnąć chwili, zaczerpnąć Przemyśla...


Tu się nie nudzę:
Kopiec Tatarski, propozycja rodzinna,
Rynek i fontanna - z koleżanką chwila przyjemna.
Nowy most to z tatą frajda rowerowa,
A z bratem tor - jazda saneczkowa!
Muzeum Dzwonów i Fajek to z dziadkiem zabawa,
A na Fort Prałkowce z kolegą wyprawa.
Z babcią? Z babcią do Muzeum Ziemi Przemyskiej,
Gdzie wspaniała wystawa twórczości malarskiej.
A kiedy słońce świeci i jest wolna chwilka
Do Parku Lubomirskich zagląda rodzinka.
Na koniec spacer do Rynku na lody,
Bo coś trzeba zjeść pysznego, wiadomo, dla ochłody!
Zaczęłam melancholią, a kończę zabawnie:
Tak wygląda też Przemyśl, on taki jest we mnie.


wyróżnienie w Konkursie Przemyśl-Miasto-Muzeum



Wiktor Wojtak
Mój dziesięciozgłoskowiec o pięknym Przemyślu


 

Przemyśl to miasto fajek i dzwonów,
Parków, kościołów i pięknych domów.


W parkach ławeczki i place zabaw,
Tym się w Przemyślu dzisiaj tu zabaw.


Wokół Przemyśla pierścienie fortów,
Niczym rozsianych po świecie portów.


Każdy fort stary i zabytkowy,
Nad każdym jest sufit betonowy.


Beton wytrzyma najcięższe działa,
zdobyć je było - sztuka niemała.


Chcesz wiedzieć więcej o forcie Przemyśl?
Chcesz tu przyjechać? Koniecznie przemyśl!


I miejsce w Konkursie Przemyśl-Miasto-Muzeum


 

 
 

Praca Patryka Pilawskiego, który zdobył I miejsce w X edycji ogólnopolskiego konkursu o Janie Pawle II, którego organizatorem, jak co roku, było Stowarzyszenie Profilaktyki i Wspierania Rozwoju Osobowości dzieci i Młodzieży WZRASTANIE Świetlica w Radymnie.


"WIEKOŚĆ OJCA ŚWIĘTEGO W ODBIORZE MOICH BLISKICH PO SPOTKANIU Z OSOBĄ JANA PAWŁA II LUB W MOIM OSOBISTYM DOŚWIADCZENIU"


 

Żaden Polak w dziejach naszego kraju nie uczynił tyle dobrego, co Jan Paweł II. Moi bliscy są wierzącymi katolikami. Z opowiadań moich dziadków wiem, że wzięli udział w I Pielgrzymce Ojca Świętego do Ojczyzny. Moi dziadkowie nie mieli żadnej wątpliwości, że po wysłuchaniu modlitwy Jana Pawła II podejmą trud odnowy swojej wiary i postępowania w swoim dotychczasowym życiu.

 

Papież już po pierwszej swojej pielgrzymce wykrzesał w moich bliskich bardzo wielki szacunek do samych siebie i dał im moralną siłę. Moja rodzina zjednoczyła się, praktykując słowa Jana Pawła II, by uczynić się dla bliźniego jeszcze bardziej ludzkim. Mam teraz 11 lat i jestem nastolatkiem z piątej klasy. Nie należę do tego pokolenia, które miały szansę pojechać na pielgrzymkę i z entuzjazmem wziąć udział w niezapomnianej do końca życia uroczystości.

 

Papież Polak nie zmienił tylko mojej rodziny i znajomych, lecz cały świat. Pozwolił ludziom zbliżyć się do siebie, nie patrząc na ich różne wyznania wiary. Wracając do moich bliskich, wiem z ich opowiadań, że Ojciec Święty 1 kwietnia 2004 roku (miałem już miesiąc) powiedział bardzo ważne słowa "NIE LĘKAJCIE SIĘ" i wskazał na krzyż, jako jedyną drogę do wieczności.

 

Polska młodzież bardzo kochała Jana Pawła II, nieraz go zawiodła, ale on im to zawsze wybaczał i pokazywał drogę do pojednania.

 

Moim zdaniem Papież spotęgował wiarę moich bliskich i zmienił ich nastawienie duchowe. Kiedyś pamiętam, jak byłem u dziadków... Trochę się nudziłem, aż w końcu babcia zaproponowała nam konkurs, w którym zwycięzca zostanie nagrodzony. Zabawa polegała na tym, że mieliśmy poszukać w książkach, czasopismach itd. wiersz, który będzie opowiadał o osobie Jana Pawła II. Mój dziadek po długich poszukiwaniach w starych książkach przeczytał piękny tekst, napisany przez ks. Mariana Balickiego:

 

"Przynoszę Ci Ojcze Święty
mały bukiecik
polskich kwiatów
majowych
pachnących śpiewem litanii
zerwanych dziecięcym kwileniem..."

 

Babci bardzo się spodobało, ale przyszła moja kolej. Znalazłem tekst, który do tej pory przechowuję jako moją pamiątkę:

 

"Widzę Cię wciąż
idziesz przez życie
z dłonią jedności i pokoju
z uśmiechem płynącym z głębi modlitwy
Słowem
bijącym rytmem wieczernika
napełniasz świat..." (ks. M. Balicki)

 

Nagle babcia wyjęła dwa piękne obrazki z Ojcem Świętym, które otrzymała podczas I Pielgrzymki Ojca Świętego do naszego kraju i powiedziała: "Wygraliście razem? Bo nie można przegrać, cytując takie piękne słowa o Janie Pawle II, który zmienił nasz los...".

 

Następnego dnia, gdy wróciłem do swojego domu, podarowałem te dwa obrazki mamie i tacie. Powiedziałem do nich, by nosili je zawsze przy sobie. Mama schowała obrazek do torebki , a tato do portfela. Minęło kilka lat...

 

Pamiętam, jakby to było wczoraj. Byłem z tatą na wakacjach zza granicą i tak jakoś przypomniałem sobie o tym obrazku, który wciąż tkwił w mojej pamięci. Zapytałem, czy ma go jeszcze. Tato wyciągnął portfel i wyjął obrazek z Janem Pawłem II, mówiąc : "Zaraz coś zobaczysz..."

 

Idąc dalej, tata pokazał ten obrazek pierwszemu napotkanemu przechodniowi, był to czarnoskóry człowiek. Tato zadał mu pytanie, czy wie, kto jest na tym obrazku. A ten przechodzień spojrzał na niebo i rzekł: "A GOOD MAN WITH BIG HEART" ("Dobry człowiek o wielkim sercu"). Po czym najzwyczajniej w świecie się nachylił i ucałował obrazek... Gdy sobie to przypomnę, to za każdym razem przechodzą mnie ciarki...

 

WIELKI JANIE PAWLE II ! JEŻELI JEST COŚ PIĘKNEGO NA TYM ŚWIECIE , TO WŁAŚNIE NAM TO PODAROWAŁEŚ...




 

 
 

Praca Oliwii Rodzeń, II miejsce w I Powiatowym Konkursie "Zwierzęta czują", organizator: Gimnazjum Nr 5 w Przemyślu


"Zwierzęta czują, czyli wybrane opowieści Babci Bożenki"


 

Babcia Bożenka urodziła się w Przemyślu i wraz z rodziną mieszkała przy ulicy Grunwaldzkiej. Jednak dzisiaj ta ulica niczym nie przypomina miejsca, gdzie babcia spędziła dzieciństwo i młodość. Tęskni za tamtymi widokami... Często proszę, by opowiedziała mi coś nowego. I wtedy zamykam oczy i wsłuchuję się w te babcine opowieści.

 

Opowieść I

 

Gdybym zamknęła oczy, potrafiłabym po kolei powiedzieć, kto mieszkał wzdłuż ulicy. Znam nie tylko ludzi, ale również zwierzęta, które w tych domach się znajdowały. Najczęściej były to psy i koty. W naszym domu zawsze biegały między nami coraz to nowe żywe stworzenia. Wiedziałam, że nie mogę robić im krzywdy, gdyż byłam nauczona, że zwierzęta mają takie same prawo w naszym domu jak wszyscy ludzie, gdyż muszą mieć swoje miejsce do spania i jedzenia. Muszą być przytulane, ale i uczone, czego nie wolno robić, a także mają być czyste i wyczesane. Każde zwierzę miało swoje imię.

 

Jednego roku były u nas dwa koty... A było to tak:

 

Była późna jesień, a te dwa kocięta bardzo zmarznięte pod drzwiami głośno miauczały. Wzięłam je na ręce i przyniosłam do kuchni. Dałam ciepłego mleka i moja mama zgodziła się, by zostały. Dostały imiona: Maciek i Ciapek. Maciek był prawdziwym wojownikiem, a Ciapek to była taka oferma. Poznałam, że wszystko potrafią zrozumieć, co się od nich wymaga. Spały razem pod łóżkiem w specjalnie zrobionym przez tatę posłaniu. Wiedziały, że w domu nie wolno brudzić, miały swoje miseczki na jedzenie i picie. Uczyłam się, że one czują i zimno, i strach, ale że lubią, gdy się je głaska. Wtedy wyrażały swoje zadowolenie głośnym mruczeniem. Kotów w domu było bardzo dużo, ale były też i psy. To kochane stworzenia! Rozumieją wszystko, co sie do nich mówi.

 

Opowieść II

 

Pewnego roku miałam psa i kota. Pies nazywał się Punio, a kot Maciuś. Nie można się było napatrzeć, jak one razem rozrabiają! Miały pudło, które służyło do wspólnej zabawy, a gdy sie zmęczyły, to kładły się razem spać. To nie były zwierzęta - wrogowie, ale najlepsi przyjaciele. Miałam też gołębie: Baśkę, Kubę i ich dziecko Maćka. Mieszkały w gołębniku, ale gdy tylko wyszłam na podwórko i zawołałam je po imieniu, natychmiast przylatywały i siadały na ręce. Zanosiłam je wtedy do domu, bo tam dziobały ziarno i piły wodę. Ile przy tym było gruchania i radosnego stukania dziobami o podłogę! Miałam też kawkę, która wypadła z gniazda i ja ją przygarnęłam. Moja mamusia karmiła ją zakraplaczem do oczu, a potem już nigdy nie odleciała do swojej gromady. Wokół domu chodziła tak, jak chodzą kury.

 

Tak opowiada moja babcia i tych opowieści powstaje coraz więcej. Myślę, że kiedyś wszystkie je spiszę i wydam, aby pomogły wszystkim uzmysłowić, że zwierzęta żyją z ludźmi, są często pełnoprawnymi członkami rodzin, uczą nas wiele: od odpowiedzialności, po miłość i wdzięczność.. Pamiętam, że u babci było duże akwarium z rybkami, a także ptaszek, którego dziadzio znalazł prawie nieżywego ze złamanym skrzydłem. Nie uciekał z klatki, mimo że często była otwarta. Swoim śpiewem umilał czas. Gdy podchodziłam do klatki, to wcale się nie bał, bo przynosiłem mu jego ulubione kąski: listki i nasiona mleczu. Na imię miał Ćwirek. W domu babci nauczyłam się wielkiej prawdy: zwierzęta czują.

 

Babcia zawsze mówi, że zwierzęta czują lęk, ból, strach, pewność siebie, przyzwyczajają się do miejsca, które jest ich mieszkaniem, a również tęsknią za tymi, których nie ma w domu. Babcia, obserwując zachowanie zwierząt twierdzi, że są czasem mądrzejsze od ludzi i gdyby umiały mówić, poskarżyłyby się na przemoc, którą doświadczają ze strony człowieka i podziękowałyby za pomoc, którą wrażliwi ludzie im okazują.




 

 
 

Wiersze Uli Wolańskiej z VId napisane na Konkurs LIPA 2015


Urszula Wolańska
Mój świat


 

Budzę się rano i widzę,
Jaki piękny dzień wstaje,
Jak drzewa kwitną wokoło,
Jak piękne są polskie maje.

 

Autobus ulicą pędzi,
Kot przez podwórko przemyka,
W oddali pies gdzieś zaszczekał
i słychać śpiew słowika.

 

Wychodzę na ulicę...
Już nie tak kolorowo.
Dźwigam swój ciężki plecak
Zawsze tą samą drogą.

 

Ludzie nie mają czasu,
Ciągle spieszą się wszędzie.
Smutni i zatroskani
Nie wiedzą, co jutro będzie.

 

Nie mam siostry ni brata,
Więc do szkoły idę sama.
Mijam ulice i rampę
I wchodzę w szkolną bramę.

 

W szkole wiadomo ? nauka
I sprawdzian za sprawdzianem.
Pani nikt nie oszuka,
Nikt nie wykręci się sianem.

 

Tak więc dzieciństwo mi mija:
Książki, zeszyty, szkoła.
Powiedz, świecie kochany,
Czy mogę być wesoła?

 

Czasem wiatru zazdroszczę,
Że wolny wszędzie hula.
A ja głos mamy słyszę:
"Idź się uczyć Urszula".

 

I nieraz sobie myślę:
Za czym ten świat tak goni?
Czy już nigdy w życiu
Nie wypuszczę książki z dłoni?

 

I zaraz po tych myślach
Odpowiedź smutna się nasuwa:
Gdy chcesz być kimś w przyszłości,
musisz się uczyć kochana.

 

A tak naprawdę ? się cieszę,
Że w wolnym kraju żyję,
Że mogę spać bezpiecznie,
Że jestem tu szczęśliwa.

 

Wierzę, że kiedyś na świecie
ucichną wszystkie wojny.
Zniknie to straszne słowo,
Świat stanie się spokojny.

 

Więc uczę się i uczę,
By obrać dobrą drogę,
Bo tylko mądrzy ludzie
Świat lepszym czynić mogą.





Urszula Wolańska
A kiedy dorosnę


 

Raz panie rozmawiały,
że świat jest bardzo mały.
Zaraz się ktoś oburzył:
przecież ten świat jest duży!

 

Wtedy myślałam sobie,
jak byłam dzieckiem małym.
Pewnie ten świat to człowiek.
- Może go kiedyś widziałam...

 

- Może się do mnie uśmiechnął?
Lub zrobił minę marsową...
- A może palcem pogroził
Lub tylko pokiwał głową?

 

Teraz wszystko rozumiem.
Wiem, że w tym świecie żyję.
Wśród gór, mórz i lądów
i ludzi, co świat budują.

 

A kiedy sama dorosnę,
nie będę głowy chować.
Będę świat swoich marzeń
razem z wszystkimi budować!




 

 
 

Poniżej zamieszczamy teksty, które zostały wyróżnione przez Jury w szkolnym konkursie Moja szkoła w moich oczach (maj - czerwiec 2015 r.).
Zachęcamy do czytania.


Cześć
 

Jestem uczennicą Szkoły Podstawowej nr 15 i uczęszczam na ten moment do klasy szóstej. Mam na imię Patrycja i opowiem wam, jak wygląda życie w naszej szkole.

Otóż, szkoła ta została otworzona w 1968 roku. Do tejże szkoły uczęszczał mój wuj, ciotka i mój ojciec. Dużo dobrego moja rodzina wspominała o naszej szkole, teraz ja uczyłam się w niej sześć lat i mam o niej własne zdanie.

Atmosfera panująca w naszej szkole jest bardzo przyjazna, nauczyciele są mili i chętni do pracy z wszystkimi uczniami. W pierwszych krokach w nowej szkole czułam się bardzo niepewnie lecz pierwsze minuty nauki rozwiały wszelkie wątpliwości. Pani nauczycielka była bardzo miła, uśmiechnięta i ciekawie przekazywała nam wiadomości z lekcji w sposób zabawny i humorystyczny, późnej zadała nam pierwsze zadanie domowe. Pierwszy rok minął bardzo szybko i nastały wakacje. Podobnie było przez dwa następne lata.

Nastała czwarta klasa. Doszły nowe przedmioty, zmienili się nauczyciele. Czwarta klasa była trudnym etapem dla nas lecz wszyscy, czekając na wakacje, dotrwaliśmy do klasy piątej. Piąty rok nauki minął szybko i ciekawie, różnorakie festyny i apele umiliły nam czas i dotrwaliśmy do szóstej klasy. Klasy, w której mieliśmy napisać pierwszy egzamin dojrzałości. Próbne testy były bardzo często powtarzane i dzięki temu dobrze przygotowaliśmy się do sprawdzianu szóstoklasisty. Do końca roku szkolnego pozostało mało czasu, a my jako zgrana i ciekawa klasa chcemy te chwile spędzić jak najlepiej. W szkole nie można nie zauważyć dużej ilości pucharów, medali i dyplomów. Szkoła Podstawowa nr 15 jest jedną z najlepszych pod względem zawodów sportowych, to zasługa uczniów, którzy dążą do jak najlepszych wyników i oby tak dalej. Nie można również zapomnieć o osiągnięciach w różnych konkursach z dziedziny historii, przyrody, polskiego, plastyki oraz muzyki i języków obcych (języka angielskiego). My jako szóstoklasiści przekazujemy pałeczkę nad dowodzeniem młodszym klasom, które tak jak my będą sumiennie dbały o poziom nauki i sportu oraz o miłą atmosferę. Już kończę naukę w szkole i myślę, że miła i przyjazna atmosfera pozostanie na długie lata. Jako uczennica klasy szóstej chcę podziękować za najlepiej spędzone chwile (do tej pory) w moim życiu. Wszyscy nauczyciele uczyli nas sumiennie i wytrwale dążąc abyśmy zadane materiały opanowali niemalże do perfekcji.

Już wiecie jak wygląda moja szkoła w moich oczach.

Patrycja Cichocka, kl. VI a



 

Moja szkoła w moich oczach
- wspomnienia

 

 

Chcecie wiedzieć, do jakiej szkoły chodzę? No dobrze, opowiem Wam co nieco o niej. Chodzę do Szkoły Podstawowej nr 15 w Przemyślu. Gdy po raz pierwszy miałam przekroczyć jaj próg, byłam bardzo zdenerwowana. Rano mama zaprowadziła mnie do sali gimnastycznej, gdzie starsze klasy przywitały młodszych uczniów wesołym występem. Później Pan dyrektor Mirosław Bar uroczyście rozpoczął rok szkolny. Byłam zdezorientowana, na szczęście moja nowa wychowawczyni, która była bardzo miła, zabrała wszystkich i zaprowadziła do klasy.

Na początku każdy bał się zostawać sam w szkole bez rodziców, ale szybko się zaprzyjaźniliśmy. Moja wychowawczyni ? pani Alicja Trela organizowała fantastyczne festyny, na których bawiła się niemal cała szkoła. Bardzo polubiłam czytanie książek, więc nie mogłam się doczekać pierwszej wizyty w bibliotece. Pani Anna Papiernik okazała się bardzo sympatyczną osobą, która zawsze chętnie pomaga przy wyborze lektury do czytania. Po lekcjach zostawałam w świetlicy, gdzie bardzo często oglądałam przeróżne filmy począwszy od ,,Shreka'' poprzez ,,Rekina i Lawę'', aż do ,,Harry'ego Pottera''. Dwa razy w tygodniu przychodziła Pani Beata Wac, która prowadziła zajęcia z origami. Około godziny 11:00 szliśmy do stołówki na pyszny obiad. W ciągu trzech pierwszych lat nauki w ,,Piętnastce'' nauczyłam się wiele podstawowych rzeczy, między innymi liczenia, czytania i pisania, ale także współpracy w grupie, odpowiedzialności i poznałam wiele wspaniałych koleżanek i kolegów.

Rok później poszłam do czwartej klasy. Wiele się zmieniło, nikt nie traktował już nas jak małe dzieci z drugiego piętra, tylko poważną klasę czwartą z trzeciego. Pojawili się nowi nauczyciele. Początkowo nikt nie był do nas przekonany, ale znaleźliśmy wspólny język. Pani Agnieszka Pomianek nauczyła nas wielu przydatnych pojęć z języka polskiego, które na pewno przydadzą mi się w gimnazjum. Gorzej było z matematyką, ponieważ niewiele osób ją rozumiało, ale dzięki temu, że Pani Ewa Krzysztoforska się nie poddawała, w końcu po wielu trudach udało się i wiele osób zrozumiało matematykę. Do przyrody zachęciła mnie Pani Agnieszka Szacka. Pokazała nam, jak obliczyć skalę, gdzie leży Mount Everest, a także przybliżyła podstawowe pojęcia z chemii i fizyki. Pan Robert Gierlach nauczył nas uczciwego współzawodnictwa sportowego, a Pan Artur Mykita sprawił, że śpiewam czysto jak słowik. Pani pedagog chętnie pomagała nam, gdy mieliśmy jakikolwiek problem, choć woleliśmy zgłaszać je najpierw naszej wychowawczyni Pani Monice Hrynkiewicz. Było mi przykro opuszczać mury tej szkoły. Po tych sześciu wspaniałych latach wspólnie spędzonych trudów było mi ciężko rozstać się z przyjaciółmi i nauczycielami.

Jak słyszycie, jest to naprawdę fantastyczna szkoła, do której z chęcią chodzę, więc gdy pójdziecie do niej po raz pierwszy, to się nie bójcie, ponieważ panuje tam świetna atmosfera.

Katarzyna Kasprowicz, kl. VI c



 

 

Jest takie miejsce w Przemyślu, dla jednych w centrum, dla drugich na uboczu, w którym człowiek już od najmłodszych lat poznaje świat.

Na początku z wielkim przerażeniem, niepewnością przemierza małymi kroczkami wielkie korytarze ogromnego budynku. Poznaje nowe otoczenie, nowych ludzi, przyjaciół. Zewsząd ogarnia go hałas: krzyki, wrzaski, wesoły śmiech. Jednakże szybko mija strach i po chwili każdy czuje się, jakby to było miejsce, które czekało na niego: miłe, przyjazne, ciekawe, interesujące, tajemnicze. Ta strefa ludzkiego życia otwiera szeroko "okno" na świat: przyrodę, społeczeństwo, otoczenie, kulturę, historię, pozwala poznać tajniki ludzkiego życia. Tu "raczkują" przyszli lekarze, prawnicy, badacze, naukowcy, olimpijczycy, sportowcy, astronomii, a może nawet nobliści. Tu rodzą się nowe przyjaźnie, pierwsze zauroczenia i rozczarowania. Tu kształtuje się charakter, osobowość i wszystkie cechy, które są niezbędne w dorosłym życiu. Oprócz zabawy, beztroskich chwil, momentów zapomnienia, to również miejsce ciężkiej pracy, nauki, gimnastyki umysłu, ciała, ale jak mówi stare powiedzenie: "Od chleba aż do nieba, wszystko pracą zdobyć trzeba".

TO WŁAŚNIE MOJA SZKOŁA!

Patrycja Kiełtyka, kl. VI a



 

MOJA SZKOŁA W MOICH OCZACH

 

 

"Piętnastka to szkoła moich marzeń. Tutaj tańczą i śpiewają, w piłkę grają... Znajdziesz swoją wielką szansę".

Tymi słowami chciałbym rozpocząć moją pracę o szkole, do której uczęszczam. Sięgam wspomnieniami na kilka lat wcześniej, kiedy po raz pierwszy odwiedziłem tę szkołę. Była taka olbrzymia. Spotkałem nieznane mi dzieci i nauczycieli. Na korytarzu często spotykałem Pana Dyrektora Mirosława Bara, zawsze uśmiechniętego. Pamiętam, że na pasowaniu na ucznia klasy pierwszej mówił o takich poważnych sprawach, a ja nie rozumiałem, byłem przerażony, nie wiedziałem, co mnie czeka. Potem okazało się, że nie jest tak źle. Mieliśmy cudowną Panią Beatę Rychel, która była naszą wychowawczynią przez pierwsze trzy lata. To właśnie z nią spędzaliśmy większość czasu w szkole. Zawsze miała dla nas czas, z cierpliwością tłumaczyła niezrozumiałe zadania, uśmiechnięta i bardzo miła. Pamiętam swoją pierwszą lekcję z języka angielskiego, tak się bałem, bo przyszła inna pani. Teraz ta pani jest moją wychowczynią ? Pani Anna Gala, uśmiecham się, kiedy sobie to przypominam. Wtedy nie było mi do śmiechu a Pani zainteresowała mnie mapą, którą przyniosłem wraz z nią z innej klasy. Potem już zapomniałem, że jest mi smutno i że nie ma czym się martwić. Sala gimnastyczna jeszcze wtedy sprawiała wrażenie takiej wielkiej. Okazało się, że znalazłem w klasie przyjaciół, kolegów i koleżanki. Do dzisiaj z kilkoma z nich spotykam się w wolne dni, spędzając czas poza lekcjami.

Kiedy uczęszczałem od klas I-III, przez jakiś czas miałem przygodę z lekcjami śpiewu, do których zachęcił mnie pan, który uczył muzyki, obecny Pan Dyrektor Artur Mykita. Wiedziałam, że dzieci z naszej szkoły osiągają bardzo dobre wyniki w konkursach śpiewu, występach na różnych festiwalach. Czułem się wyróżniony.

W szkole jest wiele kółek zainteresowań. Z medali i wyróżnień zamieszczonych w gablotach na korytarzach można wnioskować, że wiele uczniów tej szkoły osiągnęło wielkie sukcesy sportowe.

Dzieci, które chodzą od klas I-III mogą korzystać ze świetlicy szkolnej, w której jest wiele konkursów, wyjść na warsztaty do muzeum, do biblioteki itd. Wiem to od brata, który opowiada mi o tym.

Wiele się zmieniło, kiedy rozpocząłem klasę IV. Już nie było tyle czasu na zabawy. Byłem przerażony ilością książek, nauki. Już nie uczył mnie jeden nauczyciel, ale wielu. Ten początek był dla mnie przerażający, zanim się przyzwyczaiłem. Myślę, że w tej trudnej sytuacji pomogła nie tylko mi, ale wielu osobom dobrym słowem, wsparciem nasza Pani Wychowawczyni. To do Niej przez te ostatnie trzy lata kierujemy się ze swoimi problemami, radościami dotyczącymi nauki w szkole. Pani zachęca nas do wspólnej pracy nad gazetkami klasowymi. Dzięki temu mamy możliwość spotkania się poza szkołą aby omówić pomysły.

Dzisiaj w moich oczach sala gimnastyczna nie jest aż tak wielka. Może kiedyś doczekają się inne dzieci wielkiego kompleksu sportowego, może ktoś zajmie się rozbudową naszej szkoły? Tego im życzę. Dobiegają ostatnie miesiące mojej edukacji w tej szkole. Nie mogę uwierzyć, że ten czas 6 lat tak szybko upłynął. Nie rozstanę się z nią i mam nadzieję, że będę ją odwiedzał. Będę wspominał to wszystko, co mnie tutaj spotkało: wsparcie, pomoc, dobra rada, wyrozumiałość i za to wszystkim bardzo dziękuję.
Piętnastka...

Jakub Kuśmierski, kl. VI a



 

Maj 2015 r.

Drogi Pamiętniczku!

 

 

Dzisiaj pani z języka polskiego zadała nam zadanie domowe pod tytułem Moja szkoła w moich oczach. Mam nadzieję, że mi pomożesz. Muszę się cofnąć do pierwszego dnia w szkole.

Zaczęło się tak: szkoła wywarła na mnie duże wrażenie, wszystko było takie ładne, nowe, kolorowe i nawet trochę baśniowe. Pierwszego dnia poznałam naszą wychowawczynię, była bardzo miła i się często uśmiechała. Pani posadziła mnie w drugiej ławce w środkowym rzędzie z bardzo miłym chłopczykiem o imieniu Bartek. Na samym początku niektórzy byli przestraszeni, a niektórzy zbyt pewni siebie. Najbardziej zadomowione wydawały się Paulina i Sara, prywatnie dwie sąsiadki. Na początku bałam się, nowi ludzie, nowe miejsce. Po półroczu pierwszej klasy przyjaźniłam się już z: Michałem, Bartkiem, Kubą, Kingą, Natalką i Justyną. Już pod koniec pierwszej klasy powoli stawaliśmy się jedną rodziną.

Pod koniec drugiej klasy powstały 2 paczki - jedna nazywała się Paczka na zawsze razem. Należeli do niej: Julka, Kuba, Michał, Bartek i ja. Druga paczka była konkurencją naszej i nazywała się Siubna FC Ricardo i do niej należeli: Justyna, Patrycja, Aleks, Sara i Paulina. Wtedy traktowaliśmy to bardzo poważnie i mieliśmy nawet specjalne zeszyty, w których zapisywaliśmy najważniejsze wydarzenia. Teraz śmieję się, jak wspominam tamten okres. Paczki trwały do końca 3 klasy. Jednak pod koniec między mną a Julką zaczął się niemiły zgrzyt. To też nawet ucieszyłam się, jak okazało się, że Julka wyprowadza się do Krakowa. Koniec trzeciej klasy był jak do tej pory najtrudniejszy, ponieważ rozstawaliśmy się z naszą dotychczasową wychowawczynią, panią Beatą Rychel. Było to nasze pierwsze poważne rozstanie, bardzo to przeżyliśmy.

Dobra połowa za nami. Co teraz? Aha, klasa czwarta. Nowe przedmioty, nowi nauczyciele, coraz więcej nauki. Już nie było jednej pani, która wszystko pokaże, ale jedenaście różnych nauczycieli. My jednak umieliśmy stawić czoło trudnościom i szybko załapaliśmy, o co chodzi z 4 klasą. Po wyjeździe Julki nasza paczka się rozpadła, a z braku konkurencji ta druga też przestała istnieć. Do naszej klasy doszedł Igor z Madrytu. Gdy tylko się pojawił, od razu zyskał sympatię klasy. Ja natomiast zaczęłam przyjaźnić się z Pauliną, Justyną, Natalką, Aleksem i Igorem. Naszą wychowawczynią została pani Anna Gala, nauczycielka języka angielskiego. Wtedy pojechaliśmy na pierwszą poważną wycieczkę do Krakowa. Wycieczka sama w sobie nie była zbyt udana, ponieważ przewodnik nie dawał zbyt wiele od siebie. Jednak droga upłynęła na śmiechu, żartach i miłej atmosferze. Na koniec 4 klasy Igor wrócił znów do Hiszpanii. W piątej klasie wszystko układało się pomyślnie, dopóki do naszej klasy nie doszła Oliwia, to zaważyło na zgraniu naszej klasy. Oliwia była z domu dziecka i była chora. Niektórzy wykorzystywali jej zachowanie jako pretekst od robienia zamętu w klasie. Ona wyjechała dopiero w pod koniec roku szkolnego.

Teraz jestem w szóstej klasie. Jestem przewodniczącą Samorządu Szkolnego. Napisałam już egzamin szóstoklasisty. Gdy przyszłam do tej szkoły, byłam na początku wspinaczki na sam szczyt góry mojej drogi życia, teraz jestem na pierwszym szczycie nauki. Mogę pozwolić sobie na chwile odpoczynku, ale nie za długą, bo przede mną następny szczyt. Szkoła nauczyła mnie walczyć o swoje i pokonywania trudności, przez te sześć lat stałam się bardziej wyrozumiała i dojrzała. Szkoła jest jak mój drugi dom, np. z panią od matematyki mogłabym porozmawiać na wszystkie tematy i zawsze dostałabym jakąś cenną wskazówkę, z panią wychowawczynią zdobyłabym każdy szczyt nawet Mount Everest, z panią od przyrody wygrywamy wszystkie konkursy. Społeczność szkolna to moja druga rodzina, a nawet drugi dom.

Muszę już kończyć bo zrobiło się późno, a jutro czas do szkoły. Dobranoc.
A na koniec wierszyk...
Moja szkoła w moich oczach,
Napisz o tym Jasiu wiersz,
Siedzi pierwszak myśli, duma,
Wyjął kartkę, namalował,
Duże ławki no i krzesła,
Długie, długie jak do nieba,
Szkolne schody.
A na schodach wielkoludy - podpisano 6 c.
A pośrodku długich schodów,
uśmiechnięty krasnoludek.

W trzeciej klasie Jasiek wie,
że w tej szkole fajnie jest.
Pani czuwa tak jak mama.
Wielkoludy się skurczyły,
Tylko przerwy takie krótkie,
Czy dyrektor o tym wie???

Czwarta klasa to masakra,
Janek w głowę drapie się.
Nikt normalny nie da rady,
Tyle lektur, jakie grube,
Jedną czytać będzie rok.
Uczyć w szkole się przyrody???
Przecież wszystko o niej wie.
A historia? Same daty, jakieś bitwy,
przebieg, skutki i przyczyny.
A królowa wszystkich nauk?
Kiedyś w szkole był najlepszy,
Teraz tylko marne 3,
A to wszystko przez ułamki.
Gdzie w-f, gdzie w-f
To dla dzieci przecież tlen!

W szóstej klasie Jan do szkoły chodzi w kratkę.
Czy to dziwne? Ależ skąd.
To myśliciel, wielki twórca,
Człowiek zacny, szanowany,
Tylko mało doceniany.
Fakt, czasem popchnie gdzieś krasnala,
Ale Jan "dorosły" przecież jest.
Ma jedynki, dwójki, ale trafią się też trójki,
Więc potencjał jakiś jest.
Wiwat szkoło!
Nasza szkoło!

Ewa Oleszek, kl. VI a

 

Moja droga Szkoło

 

 

Zapewne mnie znasz, uczęszczam do klasy szóstej w Twojej placówce. Piszę do Ciebie, ponieważ chcę podziękować za te wszystkie szczęśliwe lata nauki. Prosiłabym też, abyś przekazała podziękowania wszystkim nauczycielom oraz Pani i Panu dyrektorowi, którzy pomagali mi i innym uczniom w zdobywani potrzebnych kompetencji do szkoły gimnazjalnej.

Już niedługo, ponieważ za niecałe dwa miesiące, opuszczę Cię wspaniała Piętnastko, lecz zapamiętam do końca swoich dni.

Pamiętam, kiedy sześć lat temu wchodziłam do Twojego gmachu i cały czas martwiłam się, czy polubi mnie reszta uczniów, czy będę się dobrze uczyć, bądź czy nauczyciele będą dla mnie mili. Moje zmartwienia znikły, gdy tylko minęła pierwsza lekcja. Przechodziłam od klasy do klasy niczym się nie trapiąc, lecz gdy wreszcie nadeszła klasa szósta, w której musiałam napisać sprawdzian szóstoklasisty, bo to on jest przepustką do wybranego gimnazjum, smuciłam się, gdyż uświadomiłam sobie, że to ostatni rok z moją klasą, dzięki której tak świetny miałam humor każdego dnia, tygodnia.

Wiem, że na koniec roku szkolnego, czyli 26 czerwca 2015r., będę płakać z tęsknoty za Tobą.

Kamila Prochaska, kl. 6 c


***
Patrzę oczami wyobraźni
I widzę twarze przyjazne
Patrzę gdzieś jeszcze głębiej
I widzę chwile przyjemne
Patrzę tam - jeszcze dalej
I widzę ludzi na sali,
I jak na ucznia mnie pasowali
Brew unoszę wysoko:
Co widziało me oko?
Myślami jestem w niebie
I widzę obok siebie
Wsparcie nauczycieli,
Co mi przekazać chcieli
Wiedzę i rozważania,
Nauczyć mnie pisania
I abym pamiętała
Jak kiedyś byłam mała
I jak: chodziłam do szkoły,
Śpiewałam hymn państwowy.
Piętnastko moja miła!
Dziękuję Ci żeś była
W mym sercu
I w mojej głowie
I w każdym wypowiedzianym
Słowie

Jagoda Sitnik, klasa VI c


Piętnastka

Żółte ściany, białe okna
Duże drzewa, mały plac zabaw.
To tutaj nauczyłam się dostrzegać szczegóły.
Lata młodości, lata ciężkiej pracy
Lata starań, lata, których nie chcę zapomnieć.
To tutaj nauczyłam się, że robię to dla siebie.
Raz wzloty, raz upadki
Raz piątka, raz dwójka.
To tutaj nauczyłam się wiary w siebie.
Czasami złe zachowanie, czasami dobre
Czasami kłótnie a czasami śmiech.
To tutaj nauczyłam się, żeby przeżywać życie z uśmiechem.
Mało czasu na spędzenie ze sobą czasu
Mało dni na zaprzyjaźnienie.
To tutaj nauczyłam się, że czas to pieniądz.
Nie chcę mówić żegnaj, chcę mówić do widzenia
Nie chcę opuszczać żółtych ścian.
Nie chcę opuszczać mojej Piętnastki...

Natalia Szuper, kl. VI a



 

 
 

Małgorzata Misińska z klasy IVb napisała wiersz na konkurs "Polak, Węgier - dwa bratanki!", zorganizowanym przez SP 15, Gimnazjum "Morawa" oraz Przemyską Witrynę Artystyczną. Gosia zdobyła II miejsce.


Polak, Węgier - dwa bratanki

To przysłowie dobrze znamy,
Bo historię wspólną niemal mamy.

Kilku władców węgierskich
Na polskim tronie zasiadało,

A i sławnych wodzów z Węgier
Też u nas nie brakowało.

Po dawnych czasach sztuka pozostała,
Chlubią się z niej Węgry i Polska cała.

Choć nasze kraje oddalone od siebie,
Na wzajemną pomoc możemy liczyć w potrzebie.

Kuchnia węgierska na polskim stole króluje,
Bo gulasz i placek z sosem wszystkim smakuje!

DZIEŃ PRZYJAŹNI POLSKO - WĘGIERSKIEJ obchodzimy
I w dniu 23 marca co roku się cieszymy.


Małgorzata Misińska


 

 
 

Niniejsza baśń, napisana przez Urszulę Wolańską z klasy Vd, zdobyła II miejsce w konkursie "Polak, Węgier - dwa bratanki!", zorganizowanym przez SP 15, Gimnazjum "Morawa" i Przemyską Witrynę Artystyczną.

Ze zbiorów baśni węgierskich. Rzecz dzieje się na Węgrzech, kraju tak pięknego, że aż dech zapiera... Kraju słynącego z hodowli równie pięknych koni...


BAŚŃ O DOBRYM SERCU
 

Za górami, za lasami w pięknym, dużym zamku mieszkał kiedyś bogaty książę Jacob Węgierski z żoną Anna. Książę hodował konie i do pracy przy nich zatrudniał okoliczną ludność. Mimo bogactwa, książęca para nie była szczęśliwa, ponieważ nie mogli mieć dzieci. Księżna z tego powodu zawsze była smutna. Czuła się także samotna, gdyż mąż często wyjeżdżał na polowania.


Pewnego razu do księżnej dotarła smutna wiadomość. Koń jej męża spłoszył się, złamał nogę, a pan, spadając, uderzył głową w drzewo i zmarł na miejscu. Po śmierci męża załamana, samotna wdowa nie mogła sama poradzić sobie z hodowlą koni, toteż wszystko zaczęło podupadać.

O tragedii dowiedział się syn węgierskiego hodowcy koni, książę Sandor, który był zarazem przyjacielem księcia Jacoba. Postanowił pomóc młodej wdowie. Po jakimś czasie księżna Anna i książę Sandor pobrali się i ku ich radości na świat przyszły bliźniaki: chłopczyk Gyula i śliczna dziewczynka Martinka. Teraz do pełnego, rodzinnego szczęścia nic im już nie brakowało, tak mijały lata...

O trzy mile od dworu leżała mała wioska. Żyli w niej bardzo biedni ludzie, a najbiedniejszym był stary wdowiec, Jolan, który miał ciężko chorego syna, Zoltana. Ojciec najmował się do pracy, gdzie tylko mógł, ażeby zarobić na chleb. Nadeszła sroga zima, w domu nie było co jeść ani czym ogrzać chaty. Przez kilka dni przymierali głodem... Chory Zoltan tak osłabł, że nie wstawał z łóżka. Wtedy ojciec postanowił iść do dworu i prosić o pomoc. Wdowiec często przechodził przed dwór węgierskiego księcia i polskiej księżnej, widział ich bogactwo, uwijających się dworzan przy pracy i piękne konie, ale nigdy nie śmiał wejść do środka i prosić o jałmużnę. Teraz, kiedy widział umierającego syna, nie zawahał się opowiedzieć panu o swoim nieszczęściu. Powiedział też, że odpracuje otrzymaną pomoc. Książę wysłuchał staruszka, wzruszył się jego losem i postanowił pomóc wdowcowi. Zbliżała się pora obiadowa, a ponieważ dworski kucharz zachorował, pan kazał służbie umyć chłopa, dać mu czyste ubranie i przyprowadzić do siebie. Kiedy Jolan stanął przed panem, ten oznajmił mu, że jeśli ugotuje smaczny posiłek i podzieli kurę tak, żeby wystarczyło dla książęcej rodziny i dla niego samego, to podaruje mu worek zboża. Staruszek zabrał się szybko do pracy, bowiem kiedyś był kucharzem. Ugotował smaczny rosół, ryż, a kurę podzielił tak, że skrzydełka podał księżniczce i małemu księciu, udka zaś pani i panu. Sam zjadł kadłub. Spodobało się księciu to, że chłop mimo swej biedy chytry nie jest. Dał mu więc worek zboża, bochenek chleba, trochę mięsa i obiecał przyjąć go do pracy.

Ucieszony staruszek wracał do domu, gdy nagle w zaspie śniegu usłyszał wołanie o pomoc. Podszedł bliżej i zobaczył leżącą kobietę z twarzą w śniegu. Zapytał ją, co się stało. Kobieta podniosła głowę i odpowiedziała, że jest bardzo głodna i nie ma siły iść dalej. Jolan podniósł ją, posadził na worku ze zbożem, przełamał chleb i nakarmił ją. Nakarmiona kobieta wstała, uściskała rękę wdowca, serdecznie podziękowała mu za pomoc i odeszła. Staruszek założył worek na plecy i ruszył w swoją stronę. Cały czas myślał o spotkanej osobie i pozostawionym chorym synu. Martwił się, czy zastanie go jeszcze żywego. Na tę myśl, serce zaczęło mu bić mocno, a łzy same cisnęły mu się do oczu.

Na drżących nogach przekroczył próg domu i stanął w osłupieniu. Na posłaniu nie było Zoltana, chata była uprzątnięta i pełna drogocennych rzeczy. Na stole czekał na niego obfity posiłek. Stał długą chwilę, przyglądając się temu wszystkiemu, bo ze zdziwienia nie mógł się ruszyć z miejsca. Myślał nawet, że zabłądził i znalazł się w obcym domu. Z zadumy wyrwał go głos chłopca, który stał przed nim silny, piękny i zdrowy. Ojciec i syn nie rozumieli, co się stało. Zjedli posiłek i położyli się spać. Rano obudzili się w zupełnie nowym domu, nie było już przeciekającego dachu, glinianej podłogi, było ciepło, a na stole znów czekało ciepłe śniadanie. Zamknęli oczy, bo myśleli, że im się to śniło, jednak to nie był sen. Odtąd codziennie spotykały ich niespodzianki. Ludzie ze wsi mówili, że to węgierskie czary...

Po kilku dniach pan z dworu przysłał po wdowca, ażeby zgłosił się do pracy. Staruszek miał już co jeść, ale że był wdzięczny panu za otrzymaną pomoc, posłusznie poszedł. W drodze, w tym samym miejscu, w którym pomógł nieznajomej, stała piękna, smukła kobieta z zasłoniętą twarzą. Przywitała chłopa i zapytała, czy jest szczęśliwy. Kiedy odpowiedział, że tak - natychmiast zniknęła. Jolan opowiedział panu we dworze o wszystkim, co zaszło w jego życiu przez te kilka dni, ale zapewnił go, że mimo to będzie u niego pracował.

Na drugi dzień zabrał ze sobą syna. Kiedy młody Zoltan pojawił się na dziedzińcu, od razu spodobał się księciu, a jeszcze bardziej oczarowana nim była księżniczka Martinka. Nie namyślał się książę długo, przyjął chłopa do pomocy przy koniach, a ponieważ zauważył, że jego syn jest prostym, ale mądrym i odważnym młodzieńcem, toteż traktował go jak równego sobie. Razem jeździli na polowania. Książę zauważył, że młodzieniec zakochał się w jego córce z wzajemnością. Nie sprzeciwiał się ich szczęściu i wyprawił im huczne wesele. Wszyscy byli szczęśliwi. Jolan również bardzo cieszył się szczęściem swego syna. Nie wiedział jednak, że to wszystko zawdzięcza dobrej wróżce, którą spotkał dwa razy na swej drodze. Wrócił do swojego domu i żył w dostatku, bo wróżka wciąż mu pomagała. Wspomagał i Jolan potrzebujących.
 

Młodzi małżonkowie często odwiedzali Jolana, zaś książę Sandor wraz z księżną Anną podarowali ludziom ze wsi konie i zboże, by mogli uprawiać ziemię. Dzięki temu mała, biedna wioska szybko stała się dużą, dostatnią osadą. Ludzie pokochali książęcą parę, a nieufni przez długi czas wobec węgierskiego księcia Sandora, teraz witali go okrzykami "Bacsi". Do zamożnej osady coraz częściej zaglądali węgierscy kupcy, oferując różnorodne towary, a sami zaopatrywali się w żywność, której w tym miejscu dla wszystkich było pod dostatkiem. Miejscowa ludność przekonała się, że nie jest ważne, skąd kto przybywa, ale to, jakim jest się człowiekiem, zaś dobre serce i współczucie dla potrzebujących zawsze zostaną nagrodzone, jak to na Węgrzech bywa...



 

 
 

Wiersz Jana Górskiego z klasy IVb zdobył III miejsce w konkursie "Polak, Węgier - dwa bratanki!", zorganizowanym przez SP 15, Gimnazjum "Morawa" i Przemyską Witrynę Artystyczną.


Polak, Węgier - dwa bratanki!

Węgry - bitny, dzielny naród,
Żyją wierzcie lub nie wierzcie
W swoim pięknym, małym kraju
Ze stolica w Budapeszcie.

A że ojca mam szofera,
Często w trasy mnie zabiera
I widziałem Węgrów w akcjach,
Gdym był z ojcem na wakacjach.

Są z pozoru tacy sami,
Mają ręce dwoje nóg,
Lecz uwierzcie, że na pewno
Nie rozumie ich sam Bóg!

A na koniec chcę napisać,
Że historia długa nasza.
Kocham Węgry za ich radość,
Za ich wino i czardasza!


Jan Górski


 

Wiersz Kasjana Pawlaka z klasy Vd, który uplasował się na I miejscu w konkursie "Polak, Węgier - dwa bratanki!", zorganizowanym przez SP 15, Gimnazjum "Morawa" i Przemyską Witrynę Artystyczną.


Polak, Węgier - dwa bratanki!

W tym pięknym kraju, nad rzeką Wisłą,
Gdzie nam Polakom zamieszkać przyszło,
Ceni się przyjaźń, lubi gościnę,
Ale najbardziej ? kocha rodzinę.

Historia Polski nam tak podawała,
Wanda za Niemca męża nie chciała.
Wolała wybrać wiślane wody,
Niż wziąć w rodzinę ród rudobrodych.

Mijały lata i wieki całe,
Wciąż rosły w sile grody wspaniałe.
Nikt nie miał prawa bez króla zgody,
Zmusić do ślubu królewny młodej.

Mijały lata, wieki pędziły,
Wyrósł na króla Bolesław Wstydliwy.
A męstwo jego daleko słynie,
Znają go również w Węgier krainie.

Gdzie modry Dunaj toczy swe wody,
Żyła księżniczka wielkiej urody.
Kinga węgierską naturę miała,
Ale za męża Polaka wybrała.

Z ziemi węgierskiej posag bogaty,
Dostała Kinga od króla ? taty.
Gdy złoty pierścień jej z palca spada,
Kopalnię soli w Wieliczce zakłada.

Bardzo się naród polski wzbogacił,
Bo za sól wcześniej słono zapłacił.
Od tamtej pory wieki minęły,
Rodzinne więzi się zacisnęły.


Kasjan Pawlak

 

 
 


Moje miejsce na ziemi

Przy ulicy Ofiar Katynia,
Mieszkam sobie ja, Martyna.
Jedenaście lat skończyłam,
Zawsze staram się być miła.

Z okna mojego domu,
Nie mówiąc nic nikomu,
Lubię obserwować mój mały świat,
Który się mieni setką barw.

Z Gabrysią, moją młodszą siostrą,
Podziwiamy, jak kwiatki rosną.
I chociaż ona jest jeszcze malutka,
Jak spacerujemy zawsze jest wesolutka.

I choć ogromny jest cały świat,
A ja, mając tak niewiele lat,
Kocham to moje miasto na ziemi
I wiem, że nigdy się to nie zmieni.


Martyna Sarna

 

 
 

Poniżej prezentujemy prace, które zostały nagrodzone w międzyszkolnym konkursie literackim SZANUJMY WSPOMNIENIA. Gwiazdka, mak i pierniki (Gimnazjum Morawa). Serdecznie gratulujemy zwycięzcom.




Jakub Kuśmierski, II miejsce, klasa VI a
 

Moje opowiadanie napisałem na podstawie wspomnień i rozmowy z moją Babcią.
Babcia wspomina z uśmiechem święta Bożego Narodzenia z lat dzieciństwa, kiedy były śnieżne mrozy, pachnące lasem choinki i dużo śniegu.

Ubieranie choinki odbywało się w Wigilię, najczęściej robiły to dzieci. Była to prawdziwa choinka, a nie jak dzisiaj większość z nas ma sztuczne drzewko. Stawiało się je w honorowym miejscu. Choinki ozdabiano własnoręcznie zrobionymi zabawkami. Wykonywano je z kolorowej bibuły, papieru, słomki, waty, wydmuszek. Wieszano na nich jabłka, orzechy, ciasta, przypinano świeczki. Wykonywano z papieru łańcuchy, pawie oczka, malowano orzechy na srebrny lub złoty kolor. Nie było gotowych ozdób. Ze słomy wykonywano gwiazdy. Pieczono przed świętami pierniczki aby część powiesić na choince.

Babcia pamięta ze wspomnień swojej mamy, że w niektórych domach ustawiono snopy siana w czterech kątach izby. Wierzono, że w wigilijny poranek pierwszą osobą wchodzącą do domu powinien być mężczyzna, bo wróżyło to zdrowie. Wejście kobiety mogło sprowadzić na rodzinę choroby.

Podobnie jak ja Babcia czekała na pierwszą gwiazdkę. Wtedy nakrywano stół białym, obrusem. Pod obrusem mama Babci kładła słomę - symbol okoliczności narodzenia Jezusa. Wtedy również przygotowywano dodatkowe nakrycie. Wieczerzę wigilijną rozpoczynał pan domu, czyli mój Pradziadek, dzieląc się opłatkiem i składając życzenia. Potem wszyscy zasiadali do wieczerzy. W zestawie opłatków był zawsze jeden kolorowy - w odcieniu czerwieni. Był to opłatek, który gospodarze dawali zwierzętom do paszy. Wierzono, że o północy zwierzęta przemawiają ludzkim językiem. Zakazane były wszelkie kłótnie, należało uregulować wszystkie długi i wyjaśnić nieporozumienia. Dotyczyło to też wzorowego zachowania dzieci w tym dniu. Wierzono, że jeśli będą grzeczne w Wigilię, to tak pozostanie przez cały rok. Przed świętami pieczono chleb w piecach kaflowych. Taki chleb jadło się przez parę dni. Dominował mak, orzechy, suszone śliwki, jabłka, suszone gruszki.

W Wigilię spożywano potrawy bezmięsne: barszcz z uszkami, kwasówkę lub zupę grzybową. Był na stole groch z kapustą, kluski z makiem, ryba i makowe strudle. Jednym ze słodkich przysmaków była kutia, która w obecnych czasach ma dużo bakalii. Dawniej był to tylko mak utarty z pszenicą z miodem. Opłatek, który pozostał po dzieleniu się z kolacji, dzieci smarowały miodem i zjadały. Na stołach znajdował się kompot z suszonych owoców. Nie było cytrusów.

Łuski z karpia przechowywano, a potem każdy mógł zachować dla siebie jedną. Wierzono, że mając taką łuskę, człowiek będzie bogaty.

Wigilia była też dniem wręczania prezentów, jednak na wsi zwyczaj ten występował bardzo rzadko i to tylko w najzamożniejszych rodzinach. Dzieci otrzymywały wówczas od Dzieciątka Jezus jabłka, piernik, orzechy i inne skromne łakocie. Babcia wspomina, jak pewnej Wigilii otrzymała dwie pomarańcze. Bardzo się z takiego prezentu cieszyła, bo były to owoce z dalekiego kraju i niemożliwe do zakupu w Polsce. Po kolacji cała rodzina śpiewała kolędy, a później szła do kościoła na pasterkę. W okresie Bożego Narodzenia chodzili kolędnicy z szopkami, a szóstego stycznia, gdy było święto Trzech Króli, to chodzili z gwiazdą. Kolędnikom nie dawano pieniędzy, tylko jakiś poczęstunek. Po świętach i po rozebraniu choinki z jej czubka strugano "mątewkę", z której korzystano potem przez cały rok w kuchni.

Po świętach proboszcz lub wikary przychodził po kolędzie, odwiedzał wszystkich parafian. Pytał pacierza i oglądał zeszyty z religii.

Piękne zwyczaje przekazywano z pokolenia na pokolenie. Jednak niewielu dzisiaj ludzi praktykuje je w swych domach. Bardzo często w domach jest sztuczna choinka, ozdoby są kupowane w supermarketach. Są osoby, które kupują i zamawiają gotowe potrawy czy pieczone ciasta. Nie brakuje cytrusów. Myślę, że powinniśmy być wierni tradycji, którą przekazała mi moja Babcia.




Patrycja Kiełtyka, wyróżnienie, klasa VI a
 

Ze świętami Bożego Narodzenia związanych jest wiele tradycji, które przetrwały do dziś, ale większość z nich przeszła do historii i tylko starsi ludzie pamiętają o nich. Jednym z takich ludzi jest mój wspaniały Dziadziu Zdzisław, który ma 86 lat i bardzo dobrą pamięć.

Dziadek wychowywał się na wsi, w rodzinie wielodzietnej. Pracował na gospodarstwie swoich rodziców, które później odziedziczył. Zapytany przeze mnie, czy pamięta stare tradycje, odpowiedział z uśmiechem na twarzy, że bardzo dużo zostało mu w pamięci tych starych obyczajów, które dzisiaj już nie są kultywowane.

I tak dziadek rozpoczął swoje wspomnienia o tradycjach, wierzeniach, zabobonach i przysłowiach:

"Za moich czasów, ludzie do pokoju, w którym było drzewko świąteczne, przynosili snop zboża (zazwyczaj żyto). Następnie kładziono je w kącie. Robiło się to po to, aby był urodzaj na zboże. Na Wigilię robiono zupę grzybową, a pod talerz kładziono opłatek. Kiedy do dna talerza opłatek się przykleił, była to wróżba, że w przyszłym roku będą licznie rosły grzyby w lesie. Po kolacji gospodarz domu wychodził na dwór i słuchał, czy szumi las. Jeśli las szumiał, to zapowiadało wczesną wiosnę, a jeżeli była cisza, to był znak na długą i ostrą zimę. Gospodyni wiązała łyżki słomą po to, aby się krowy pasły w stadzie, a nie rozchodziły się po całym pastwisku. W wielu domach mama kropiła swoje dzieci wodą z umytych naczyń - tzw. pomyje, po to, aby najmłodsi byli grzeczni i żeby się nie bili. Ojciec, głowa rodziny, brał garść słomy, z której robił powróz. Później tym powrozem obwiązywał pień szczepu, aby się nie mnożyło robactwo. Jabłoń, która nie miała owoców, "bita" była siekierą przez gospodarza, aby ją postraszyć, że jak nie będzie owocować, to na przyszły rok zetnie to drzewo i posadzi na jej miejsce nowe.

Każde dziecko za moich czasów wierzyło, że o północy wszystkie zwierzęta rozmawiają ze sobą ludzkim głosem. Więc punktualnie o dwunastej w nocy gospodarze oraz ich dzieci wychodzili do stajni i słuchali o czym np. bydło rozmawia. Niestety nigdy nic nie usłyszałem, a rodzice tłumaczyli mi, że pewnie za późno przeszedłem. Odnosząc się do samej Wigilii, to odkąd sięgam pamięcią rodzice straszyli swoje dzieci, żeby były grzeczne. Mówili, że jak będą dokuczać, to zamiast do wigilijnego stołu i jeść przygotowane 12 potraw, będą zamknięte do beczki i będą musiały gryźć chodaki. Albo też jak dzieci już były niegrzeczne, to przychodzili tacy inni "kolędnicy", tzw. straszki i brały worek ze sobą, żeby do niego dać albo rodziców albo dzieci. Raz pamiętam, jak się dokuczaliśmy i jak przyszły te straszki i zabrały tatę, ale powiedzieli, że jak będziemy grzeczni, to nam go oddadzą. My przyrzekliśmy, że już nigdy więcej tak się nie zachowamy.

Do dnia dzisiejszego przetrwał zabobon, mówiący o tym, że w dzień Wigilii kobiety nie chodzą po obcych domach, np. pożyczyć jajko, przywitać się, porozmawiać. Jeżeli obca kobieta przyjdzie do domu, jest to wróżba, że cały rok będą problemy, niepowodzenia i nieszczęście spotka domowników.

Kultywowany jest do dnia dzisiejszego, szczególnie na wsi, obyczaj nazwany połaźnikami. Skoro świt, w dzień Wigilii, tylko chłopcy i mężczyźni chodzą po domach i mówią wierszyki oraz składają życzenia domownikom".
Oto jeden z nich, który mówił mój Dziadzio:
 

Prześliczna lilija w ogródku zakwita,
Panna Maryja z Józefem się wita.
Witam Cię Panie na ranne śniadanie,
Będzie rybka z miodem z wielkim głodem.
Pan Jezus maluśki pogubił pieluszki
A ja je roznoszę i najlepsze życzenia przynoszę.

Najpiękniejszy zwyczaj, który jest obchodzony do dziś w moim domu, to kolędowanie. Starsza część rodziny zna teksty i melodie starych pastorałek oraz kolęd, które w śpiewnikach trudno jest znaleźć, a których nauczyli ich babcie i dziadkowie. Dziś oni przekazują swoją wiedzę nam, ucząc przez wspólne śpiewnie.




Ewa Oleszek, wyróżnienie, klasa VI a
 

Był grudzień, za oknem podał śnieg. Ja i moja kuzynka Magda siedziałyśmy na dywanie i próbowałyśmy robić ozdoby choinkowe z papieru. Prababcia siedziała w bujanym fotelu i z uśmiechem przyglądała się naszej pracy. Nie szło nam zbyt dobrze. Po trzeciej nieudanej próbie zaczęłam się trochę denerwować. Chcąc zapomnieć o nieudanej papierowej gwiazdce, a poza tym bardzo lubię jak babcia opowiada, zapytałam:
- Babciu, opowiedz nam o swoich świętach Bożego Narodzenia z dzieciństwa - poprosiłam.
- No dobrze, a co chcecie wiedzieć?
- Wszystko! - krzyknęłyśmy.
- To zacznijmy od przygotowań. Zaczynały się już na początku adwentu. My dzieci, a zwłaszcza dziewczynki, przygotowywałyśmy ozdoby choinkowe.
- Robiłyście same, nie kupowałyście w sklepie? - Magda aż podskoczyła ze zdziwienia.
- Nie w każdej miejscowości był sklep, w którym można było kupić bombki. Były bardzo drogie, więc tradycją stało się przygotowywanie ich własnoręcznie. W latach trzydziestych nie było telewizji i Internetu, więc w długie jesienne wieczory spotykałyśmy się u jednej z koleżanek i robiłyśmy na choinkę lalki, ptaszki, pajacyki i łańcuchy.
- A skąd miałyście materiały?
- W sklepach można było kupić bibułę, kolorowy papier, tekturowe korpusy lalek, a wydmuszki z jajek i szyszki przygotowywałyśmy same. Ambicją każdej z nas było zrobić jak najładniejsze ozdoby, więc prześcigałyśmy się w pomysłach.
- A chłopcy nie robili ozdób choinkowych?
- Raczej nie. Chłopcy pomagali w "męskich" pracach. Mieli za zadanie wypatrzeć i przywieźć z lasu jak najładniejsze drzewko i gałązkę jemioły. Brali też chętnie udział w przygotowaniu jasełek.
- My też przygotowujemy jasełka - ucieszyłam się.
- Tak, ale pod kierunkiem nauczycieli albo katechetów. My robiliśmy to sami, nie mieliśmy scenariuszy. Tworzyliśmy je sami, sami też przygotowywaliśmy stroje. Trzeba było naprawdę sporo się napracować.
- A wieczór wigilijny?
- Już od rana trwały przygotowania. Starsze dzieci pomagały rodzicom: dziewczynki w przygotowaniu potraw wigilijnych, a chłopcy przygotowywali drzewko do ubierania. Choinkę stroiły młodsze dzieci pod czujnym okiem starszych sióstr. Było to bardzo odpowiedzialne zadanie. Najładniejsze ozdoby należało powiesić w takim miejscu, by każdy je mógł zobaczyć. Oprócz ozdób wieszaliśmy jabłka, orzechy, cukierki. Kiedy choinka była już przystrojona, tato przynosił do domu słomę i wyścielał nią całą podłogę na pamiątkę stajenki betlejemskiej. W kącie stawiał snop zboża, który miał sprawić, by w rodzinie panował dobrobyt i szczęście.
- A sama kolacja?
- Jeszcze przed wieczerzą, kiedy kobiety nakrywały do stołu, gospodarz z synami obwiązywał powrozami drzewa owocowe, co miało zapewnić obfity urodzaj. - A czy wieczerza wigilijna, ta sprzed lat, jest podobna do naszej?
- Tak. Bo widzicie, tradycje są przekazywane z pokolenia na pokolenie.
- Dlatego jest u nas obowiązkowo biały obrus, pod nim sianko, koniecznie dwanaście potraw, nakrycie dla niespodziewanego gościa. Wszyscy odświętnie ubrani, ktoś z nas czyta Ewangelię, dzielimy się opłatkiem, składamy sobie życzenia, nie zapominamy o zmarłych i dopiero wtedy jemy wieczerzę, w trakcie której śpiewamy kolędy. - dodałam.
- To jest właśnie tradycja przekazywana kolejnym pokoleniom. Mam nadzieję, że i wy zadbacie, by wasze dzieci przekazały choć część swoim dzieciom. - Babciu, a czy Twoi rodzice też zaczynali wieczerzę od barszczu z uszkami?
- Tak. I koniecznie w jednym uszku musiał być grosik. Każdy chciał, by przypadł jemu, bo to wróżyło dobry rok pod względem finansowym. Ale są takie regiony w Polsce, że tam w ogóle nie podaje się barszczu tylko zupę rybną lub grzybową.
- A czy w twoim rodzinnym domu też jedliście takie potrawy jak my dzisiaj?
- Nie wszystkie, bo widzisz, rodzinę tworzą mąż i żona. Każde z nich było członkiem innej rodziny i każde z nich wnosi coś ze swoich rodzinnych tradycji. Zwłaszcza, że w dzisiejszych czasach małżonkowie pochodzą bardzo często z odległych części kraju. A bywa i tak, że z różnych nie tylko krajów, ale i kontynentów. Musicie jeszcze wiedzieć, że po wieczerzy gospodarz brał specjalny opłatek i szedł z nim do swoich zwierząt.
- A czy słyszałaś o tym, że rzekomo o północy w wieczór wigilijny zwierzęta mówią ludzkim głosem?
- Tak, jako dziecko chciałam sama usłyszeć, jak mówią, ale mi się nie udało.
- Wiemy, że w Twojej miejscowości nie było kościoła, wiec co z pasterką?
- To też był pewien rytuał. Około godziny 23 wszyscy chętni starsi i młodzi spotykali się w tradycyjnym miejscu i wspólnie szliśmy do kościoła oddalonego o 5 km.
Dalsze opowiadanie przerwał dzwonek do drzwi.
- O, to pewnie dziadzio i babcia przyszli z zakupów.
Miałam rację. Dziadkowie weszli do domu z siatkami pełnymi zakupów. Prababcia wróciła do bujanego fotela, a my usiadłyśmy na swoich dawnych miejscach. Zapytałam:
- Babciu, a jakie jeszcze konkretnie jedliście potrawy?
- Różne. Na przykład: karpia duszonego w cebuli, kulebiaczki mojej babci, kutię, śledzie wigilijne, proziaki, pierniczki z lukrem i wiele innych.
- Co to są te kulebiaczki? - zapytałam.
- Kulebiaczki to są takie drożdżowe bułeczki z farszem z suszonych grzybów. Przepyszne.
- My teraz tego nie jemy. - ucięła krótko Magda - A szkoda.
Nasza rozmowa dobiegła końca, bo babcia zawołała nas do pomocy przy robieniu uszek.




Paulina Żurawska, wyróżnienie, klasa VI a
 

Tę wspaniałą historię opowiedziała mi moja kochana Babcia Dorota Kielar. Moja babusia ma smukłą sylwetkę, jest zawsze ładnie uczesana. To kobieta o wspaniałym charakterze. Gdy mam problem, pomaga mi go rozwiązać. Babcia to moja dobra przyjaciółka. Ma teraz 82 lata. Jest córką Marii Wątorek i Bolesława Wątorka. Babcia to mama trzech córek: Agnieszki, Grażyny i Dominiki. Jest żoną byłego policjanta, aktualnie ochroniarza Ryszarda Kielara. Babunia pracuje w komendzie policyjnej. Lubi oglądać, jak to mówi, "wysokiej klasy" programy telewizyjne. Hobby Babuni to krzyżówki. Seniorka ma dobrą formę jako starsza pani.

Siadłam z moją kochaną Babunią tydzień temu w wygodnym fotelu przy kominku i opowiedziałam Jej o konkursie. Babusia rozgadała się jak nigdy. Teraz powstaje ta wspaniała i interesująca opowieść. Babcia zapamiętała historię świąt Bożego Narodzenia, która wydarzyła się, gdy miała 7 lat, podczas II wojny światowej. Gdy Niemcy zaatakowali Polskę, babcia wraz ze swoją mamą siedziały w domu, a Jej tato, Bolesław walczył dzielnie o Polskę. Do domu zawitało trzech niemiłych gości - to byli Niemcy, którzy zadomowili się i mieszkali z moją rodziną aż dwa lata. Pierwsze święta Bożego Narodzenia wspominała Babcia negatywnie, ponieważ dawną tradycją było, że ma być parzysta liczba gości przy kolacji, a że było ich dwie plus trzech Niemców, do stołu usiadła piątka. Babulka i Jej mama bardzo szanowały tradycję, więc ta druga zaproponowała, by jej córka Dorcia nie uczestniczyła w tej kolacji i wyszła z domu. Tymczasem Niemcy zagrozili rozstrzeleniem jej i jej córki Dorotki. Przez cały dzień Bożego Narodzenia usługiwały więc tym trzem Niemcom: gotowały, myły naczynia i znów podawały następne dania. Jednak prababcia Marysia opracowała sprytny plan, który został zrealizowany następnego dnia. Babcia Dorotka zrobiła Niemcom herbatę jak co dzień, choć trochę inną, ponieważ wsypała środek usypiający, po którym trzech panów zaspało. W tym czasie kobiety uciekły z domu. Prababcia wraz z córką schowały się w okopie i tam spotkały pradziadka Bolesława, który także się ukrywał. Prababcia wraz z mężem Bolesławem i córką ukryły się następnie w lesie i tak ukrywali się aż do końca wojny. Po wojnie wrócili to domu, tam żyli i mieszkali. Chociaż to były nietypowe i przykre święta Bożego Narodzenia, dzisiaj Babunia wspomina je ze łzami w oczach i powtarza, że najważniejsza jest tradycja i rodzina.

Kolejne święta Babcia Dorotka zapamiętała pozytywnie, ponieważ spędziła je tradycyjnie wraz z siostrą prababci Marii. Ich tradycja była wspaniała: przy stole miała być parzysta liczba osób. Świętować miało się po godzinie trzynastej. Zawsze czytano pierwsze pięć stron Starego Testamentu. Kolędy śpiewano dopiero po dwóch godzinach kolacji z rodziną, a opłatkiem dzielono się na samym końcu kolacji. Siano umieszczano nie pod stołem jak teraz, tylko w czterech kątach pokoju, w którym odbywała się wieczerza. Na wolnym miejscu przy stole kładło się zdjęcia zmarłych. Nietypowym, według mnie, zwyczajem było to, że resztki wieczerzy ustawiano koło pieca, a przed nim ławę posypaną piaskiem lub popiołem. Pokarmy te były przeznaczone dla zmarłych przodków. Końcową częścią kolacji bożonarodzeniowej była pasterka, która zaczynała się w kościele o godzinie 24:01, a nie jak teraz o północy, ponieważ dawniej wierzono, że w tej jednej minucie to Maryja wraz z Józefem mieli się nacieszyć swym maleństwem.

Przyznam, że rozmowa z moją kochaną Babcią na temat tradycji świątecznych była dla mnie ciekawym przeżyciem, ponieważ dowiedziałam się istotnych rzeczy o sposobie obchodzenia przez moją rodzinę Bożego Narodzenia w czasach wojny i powojennych.

 
 

 

 

 

 

Biało...

Zawiało. Wszędzie biało.
Biały obrus... białe ściany...
Barszcz na talerz już nalany.
Naszym świerkiem pachnie w domu,
Smutno nie jest już nikomu.
A w kominku ogień tli się,
Ach! Dwa misie pod choinką.
Wszystko stoi już na stole,
Co się ugiął pod mozołem.
Mama dumna niesie karpia
Z podniesionym czołem.
A w tym czasie za oknami,
Spadnie śniegu za górami.
Jutro sanki, dziś kolęda!
Taka jest już nasza puenta,
Że gdy złota gwiazdka mrugnie,
To nasz kotek nam zamruczy
Ludzkim głosem w nasze uszy
Cicha Noc, Święta Noc...


Wiktoria Ciechan Va



Wigilijna noc

Wszędzie biało dookoła
I zamknięta jest dziś szkoła,
Bo się zbliża czas świąteczny,
Każdy musi być już grzeczny.

Pod choinką prezentów moc,
Bo to wigilijna noc.
Wszyscy się dziś dobrze czujemy
I kolędy wyśpiewujemy.

Na stole potraw dwanaście,
Więc nikt szybko nie zaśnie.
Opłatkiem się podzielimy
I życzenia sobie złożymy.

Każdy na zegarek zerka,
Bo o dwunastej będzie pasterka.
Szopki zobaczyć pójdziemy
I jeszcze dwa dni pośwętujemy.


Daria Toporowska IVa



Choinka

Dziś przy stole usiądziemy,
Przy jej pięknym świetle,
Zaśpiewamy kolędy
I już będzie weselej.

Już nawet Mikołaj przyszedł,
By zjeść sobie karpia,
My także go zjemy
I wierszyki powiemy.

Choinka się patrzy,
Świeci światełkami,
Choć ruszyć się nie może,
Je karpia razem z nami.


Julia Dryniak IVa



Wigilijna noc

Przy wigilijnym stole rodzinka się zebrała,
I takie życzenia sobie składa:
Zdrowia, szczęścia, pomyślności,
Dużo spokoju i radości,
Byśmy w miłości żyli
I nigdy się nie martwili.

Stół pięknie przystrojony,
W białą szatę i sianko przyozdobiony,
A na nim 12 potraw
Się do nas uśmiecha,
Na które się cały rok czeka.

I nie braknie tego miejsca
Dla przybysza którego
Każdy z uśmiechem
I serdecznością przywita.
Kolędnicy również mile widziani,
Którzy będą wesołą nowinę wygłaszali.


Karolina Kołodziej Va



Boże Narodzenie

Boże Narodzenie, dla innych zwykły dzień,
Lecz dla mnie to niezwykły czas...
Wszyscy się godzą i są dla siebie mili,
Choinka błyska w każdym domu i ? jakby
Cieplej w sercach się w ten dzień robi.

Wszyscy przestają się martwić
I przestają się kłócić.
Mikołaj zagląda do okien i obserwuje nas,
Aby potem przynieść nam prezenty.
I za niedługo zasiądziemy przy stole
I uczcimy ten wspaniały czas!


Martyna Przystasz IVb



Świąteczny podróżnik

To przecie gwiazda, ta wigilijna
I atmosfera taka rodzinna.
Czyżby to święta?
Folia rozcięta,
Z prezentów oczywiście,
Również życzenia w liście.
Dwanaście potraw na stole,
Zwierzęta mówią w stodole!
Dzieci śpiewają kolędy,
Dorośli podziwiają Gwiazdy Betlejemskiej pędy,
Ludzie zmierzają na pasterkę.
Tato dostał szlifierkę
Mówię o prezentach.
Mama nosi skarpety na piętach,
A Stasiu otrzymał z gumy cielęta.
Przyjechałem z daleka i zostałem: święta!


Magdalena Michalew Va



BOŻE NARODZENIE

Zbliża się magiczny czas,
który rozwesela wszystkich nas.
Czas Świąt, tych najważniejszych i najpiękniejszych,
dla wszystkich na pewno najcudowniejszych.
Atmosfera Bożego Narodzenia w naszych sercach gości,
niesie ze sobą wiele radości i miłości.

Przygotowania rozpocząć najwyższa już pora,
bo Święty Mikołaj prezenty wyciąga z wora.
Szczery uśmiech na twarzach zawitał,
jakby piękny kwiat nagle rozkwitał.
Wymarzone prezenty szybko otwieramy,
przy tym mocno się wszyscy ściskamy.

Pachnąca choinka w salonie zagościła,
milionem lampek nam zaświeciła.
Na gałązkach zawisły bombki kolorowe,
a całość zdobią łańcuchy papierowe.
Nie zabrakło na niej cukiereczków
i małych, złotych dzwoneczków.

W wigilijny wieczór do wspólnej siadamy wieczerzy,
a radosny nastrój wokół nas się szerzy.
Gdy już pierwszą gwiazdkę na niebie mamy,
dzieląc się opłatkiem, życzenia sobie składamy.
Zdrowia, szczęścia i radości,
dla siebie, rodziny oraz zaproszonych gości.
Rodziny przy zastawionych stołach zasiadają
i świąteczne potrawy ze smakiem zjadają.
Po kolacji czas kolędowania,
wszyscy są chętni do śpiewania.
Wieczór taki, choć raz w roku,
daje nam wiele magicznego uroku.

Piękny czas spędzony z bliskimi,
pozwala nam nacieszyć się wszystkimi.
W tych właśnie świętach to jest najważniejsze,
że cieszą nas rzeczy nawet najmniejsze.
Życzę wszystkim cudownych świąt,
aby wszystkie zmartwienia poszły w kąt.


Michał Kopczak
Klasa IV "c"



Zima

Pani Zima, strojna dama,
Zwykle w biały puszek jest ubrana.
Lecz jak widać w tym roku
Śniegu nie ma na żadnym kroku.
Ale od rana marzenia mamy,
W nich na zimowo wszystko zmieniamy.
Już na podwórku bałwanka lepimy
I olbrzymią śnieżną kulę toczymy.
Dostojny pan Bałwan miotłę w ręku trzyma,
Dumna jest z niego pani Zima.
My natomiast saneczki bierzemy
I szybko na górkę biegniemy.
Potem z górki mkną saneczki,
A po drodze mijamy otulone śniegiem choineczki.
Radości z tej zabawy mamy wiele,
Bo są ze mną nasi Przyjaciele!


Małgorzata Misińska IVb



Kolędy

Lulajże, Jezuniu... Wśród nocnej ciszy....
Ta melodia, co w uszach gra.
Ona sprawia, że serce się raduje
I czeka na ten piękny czas.

Ta kolęda, ta pieśń cudowna
Płynie z ludzkich serc.
Śpiewam ją co roku, wpatrzona
W tę szczególną, wyjątkową noc.

Piękne są życzenia, gdy się opłatkiem dzielimy,
Składamy życzenia i śpiewamy kolędy.
Piękne są święta rodzinne, radosne,
Gdy rodzice i dzieci złączeni wspólnym stołem
Radują się wspólnie tym świątecznym kołem.

Zaśpiewajmy wszyscy Lulajże, Jezuniu...
Lulajże Małe Dzieciątko...
W tę Cichą noc, Świętą Noc,
Która całemu światu da wielką moc.


Oliwia Polańska IVb

wyróżnienie w Poetyckim Konkursie Bożonarodzeniowym



Jak ten czas szybko dziś leci.
Pierwszy grudnia, drugi, trzeci...
Już Mikołaj worki niesie, choć choinka jeszcze w lesie.
Do Wigilii niedaleko.
Mama już kupuje mleko, mąkę, drożdże i migdały,
Będzie piekła tort wspaniały.
Tata w mieście karpia szuka,
Musi to być duża sztuka.
Babcia lepi już pierogi,
A mnie bardzo bolą nogi,
Bo od rana bieganina,
Każdy czegoś zapomina.
Biały śnieżek z nieba leci,
Pierwsza gwiazdka już się świeci.
Stół nakryty do Wigilii,
Zasiadajcie moi mili!
Na tym stole - nie do wiary
Pysznych potraw cale gary:
Barszcz z uszkami i grzybowa,
Aż mnie rozbolała głowa.
Zasiada cała rodzina,
U każdego dziarska mina.
Dziadziuś także będzie z nami,
Chociaż śpiewa z aniołami.
Bo na stole zdjęcie jego
stanie w ramce z klocków Lego.
Już opłatkiem się łamiemy
I prezenty rozdajemy.
Na pasterkę się szykuję,
Choć mróz w nos mnie bardzo kłuje.
Ale mam dylemat taki,
Chciałbym słyszeć jak zwierzaki
O północy rozmawiają.
I nas ludzi osądzają.
Może więc zostanę w domu
I posłucham po kryjomu
Co Perełka o mnie powie
Tak to dziś mi siedzi w głowie.
Jutro Boże Narodzenie,
Więc jak Bóg mi dopomoże,
Mam plan, muszę Wam powiedzieć
Żeby wszystkie szopki zwiedzić.
Więc do łóżka idę stąd,
Życząc Wam radosnych Świąt!

Bartosz Delendowski, VIa

wyróżnienie w Poetyckim Konkursie Bożonarodzeniowym



Świąteczny czas

Idą święta, są tuż tuż
tylko śnieg nie sypie już.
Jeszcze szaro, smutno wkoło,
już niedługo ? wnet wesoło.

Pierwszy Mikołaj odwiedzi nas
i rozpocznie świąteczny czas.
Przyniesie uśmiech na buzie dzieci,
gdy na reniferach do nich przyleci.

Na swoją kolej piernik też czeka,
potem nas kusi zapachem z daleka.
Porządków, pieczenia nadszedł czas,
harmider i radość ogarnia nas.

Wszyscy sobie pomagamy,
nie zostawiamy wszystkiego dla mamy.
Stroik na stół sami zrobimy,
niestety w sklepie karpia kupimy.

Ona już także pięknie się świeci,
lubią ją małe i duże dzieci.
Tak to choinka, jest już wśród nas
bo Wigilii zbliża się czas.

Uszka zrobione, z barszczykiem je zjemy
potem prezenty odpakujemy
Święta zbliżają moją rodzinę,
przynoszą radość - wesołą minę!!!


Julia Sydor
Klasa IV c



MAGIA ŚWIĄT

Zawsze z niecierpliwością czekam na święta,
bo wtedy cala moja rodzina jest radosna i uśmiechnięta.
Wszyscy siadamy razem przy stole,
nie dręczą nas wtedy żadne niepokoje.
Mógłbym tak z nimi siedzieć na zawsze
dopóki ostatnie światło nie zgaśnie.
Każdy ma wtedy dla każdego czas
i nikt nie pogania nas.
Potrawy od wielu dni wspólnie szykowane
razem smakują najlepiej i są to smaki niezapomniane.
Każda rodzina ma tradycję swoją ? jedzenie karpia,
dzieci choinkę od rana stroją.
Później wspólne kolędowanie i prezentów rozpakowywanie.
To są właśnie święta, czyli magiczna chwila
w której czas spędza ze sobą cała rodzina.


Kacper Sebzda VI c



Co roku w grudniu piękny wieczór mamy,
przy białym stole wszyscy zasiadamy,
bo Jezus się dla nas wszystkich rodzi
i z grzechu pierworodnego nas oswobodzi.

W Betlejem w ubogiej stajence,
Malutki Jezus leży przy swej Matuleńce,
Królowie przyjechali Mu pokłon oddać,
by temu wydarzeniu jak najlepiej sprostać.

Wszyscy się w Wigilię radują,
dzieci z prezentami w domu paradują,
Maleńki Jezus daje nam radość życia,
miłość z nadzieją wychodzą zaś z ukrycia.


Mateusz Kierkało
Klasa VI c



Wieczór wigilijny

Wigilia to czas wyjątkowy, w którym gasną wszelkie spory.
Pełen magii, fascynacji, z mnóstwem wiary jak i gracji.
W tym dniu wszystko jest możliwe, nawet to, co nieprawdziwe.
Dzień ten moc w sobie mieści, jakby czar i nowe wieści.
Zapomnijcie więc o zwadach, sporach, kłótniach i poradach.
Spójrzcie w niebo!!! A na niebie pierwsza gwiazda woła.
Siądźcie razem więc przy stole, by z rodziną w jednym kole,
przeżyć święta doskonałe.
Pełne wiary i miłości, zrozumienia i bliskości.
Niech dźwięk kolęd rozbrzmiewa, mama śpiewa, tata śpiewa.
Babcia wszystkim daje znak, by poczuli barszczu smak.
Dziadek rybką się przechwala, ciotka z wujkiem ją zachwala.
Dzieciaki pierogi wsuwają i na prezenty czekają.
Wieczór jest zaczarowany, pełen uśmiechów, radości.
Nuda i smutek tu nie zagości.
Rodzina cała, jedzenia do syta,
Czego chcieć więcej? - Może ktoś pytać.
Daj Boże, by zdrowie dopisywało, każdy się z każdym dogadywało,
by zgoda u nas gościła i zawsze razem rodzina była.


MICHAŁ WOIŃSKI IVc

wyróżnienie w Poetyckim Konkursie Bożonarodzeniowym



Wieczór wigilijny

Wigilia to czas wyjątkowy, w którym gasną wszelkie spory.
Pełen magii, fascynacji, z mnóstwem wiary jak i gracji.
W tym dniu wszystko jest możliwe, nawet to, co nieprawdziwe.
Dzień ten moc w sobie mieści, jakby czar i nowe wieści.
Zapomnijcie więc o zwadach, sporach, kłótniach i poradach.
Spójrzcie w niebo!!! A na niebie pierwsza gwiazda woła.
Siądźcie razem więc przy stole, by z rodziną w jednym kole,
przeżyć święta doskonałe.
Pełne wiary i miłości, zrozumienia i bliskości.
Niech dźwięk kolęd rozbrzmiewa, mama śpiewa, tata śpiewa.
Babcia wszystkim daje znak, by poczuli barszczu smak.
Dziadek rybką się przechwala, ciotka z wujkiem ją zachwala.
Dzieciaki pierogi wsuwają i na prezenty czekają.
Wieczór jest zaczarowany, pełen uśmiechów, radości.
Nuda i smutek tu nie zagości.
Rodzina cała, jedzenia do syta,
Czego chcieć więcej? - Może ktoś pytać.
Daj Boże, by zdrowie dopisywało, każdy się z każdym dogadywało,
by zgoda u nas gościła i zawsze razem rodzina była.


MICHAŁ WOIŃSKI IVc

wyróżnienie w Poetyckim Konkursie Bożonarodzeniowym



Święta

Na niebie pierwsza gwiazda świeci,
teraz radują się wszystkie dzieci.
Wszyscy obok stołu się zbierają,
i życzenia nawzajem składają.

Zaraz zacznie się wieczerza,
nadszedł czas wspólnego pacierza.
Każdy dzieli się opłatkiem,
pod choinkę zagląda ukradkiem.

Moc prezentów, moc słodyczy,
każdy sobie szczęścia życzy.
Zdrowia, szczęścia, pomyślności,
w Nowym Roku dużo gości.

Biały obrus lśni na stole,
barszcz z uszkami odgrywa główną rolę.
Tuż za barszczem karp ląduje,
każdemu apetyt podskakuje.
Choinka zielona się świeci,
a dookoła biegają dzieci.
Każdy prezent rozpakuje
i do góry podskakuje.

Ola zestaw lalek ma,
Antek w nową grę już gra.
Autko Wojtka odpalone,
Hubert z Frankiem pędzą w jego stronę.

Dużo śmiechu i radości,
kolędnicy przyszli w gości.
Na pasterkę wszyscy się wybierają,
i śnieżkami w siebie rzucają.

Tej Wigilii nadszedł czas,
lecz wspomnienia nie pójdą w las.
Każdy z nas zapamięta,
te wspólne rodzinne święta...


Oliwia Danielak
Klasa IV c



Święta

Święta - wyjątkowe chwile.
Święta - dla nich ludzie pokonuję mile.
Wicek kupił ryby,
I szykuje grzyby.
Już tam przyszła Hermenegilda z Antosiem,
Przyszła także Kleosowa z Leosiem.
Zaszczycił swą obecnością Feluś Typki,
Ten najlepszy, gibki.
W domu atmosfera jest cudowna,
Każdy składa życzenia bliskim,
Nie martwiąc się niczym innym.
Wszyscy do stołu siadają,
I dwanaście potraw zakąsają.
Dzieci po kolacji już prezenty otwierają,
Szczęśliwe każde z nich,
Podarunki oglądają.
W końcu wyszedł ten gospodarz,
Aby psa opłatkiem poczęstować.
Na zewnątrz pełno puchu białego.
Delikatna mgiełka przysłaniająca horyzont,
Bladoróżowa, jak tańczący motyl
Spowija rześkie powietrze.
Zimny wiatr świszczy i szumi,
Iż ma się wrażenie,
Że to matka układająca swe dziecko do snu
I nuci mu piękną opowieść.


Patrycja Kiełtyka Klasa VIa



Co to za święto, gdy strojne są choinki?
Wielkanoc? Zaduszki czy też Walentynki?
To Boże Narodzenie - piękny czas kolędy
gdzie każdy człowiek będzie uśmiechnięty.
Choinkę czas ubierać i bańki na nią wybierać,
dwanaście potraw przyrządzić trzeba,
na zewnątrz śniegiem pokrywa się gleba...
Już mama obrus świąteczny prasuje,
a ja deser i sernik dekoruję.
Babcia robi ciasteczka, jest też rolada makowa...
za oknem powstaje wielka kula śniegowa.

Uroczystość się zaczyna, cała zbiera się rodzina.
W świątecznych strojach wystrojeni, przyszli goście zaproszeni.
Każdy w ręku ma prezenty w piękny papier zawinięty.
Są tam misie, są cukierki dla mamy, taty i stryjenki.
A gdy wszyscy przy stole się zbierzemy i zanim do wieczerzy wspólnej zasiądziemy
popłyną życzenia takie szczere od serca:
dużo zdrowia, miłości dla dostojnych gości.
A potem kolędę piękną zaśpiewamy,
spróbujemy potraw, które tutaj mamy....
A mama z tatą stoją przytuleni,
świąteczną atmosferą są bardzo wzruszeni.
Hej kolęda, kolęda....


Patrycja Rozputyńska Klasa IVc



Zmrok zapadł lecz oświetlone domki,
pięknie rozświetlają puszysty śnieg,
to może znaczyć tylko jedno już -
ŚWIĘTA TUŻ TUŻ...
W domu czuć mieszankę zmysłowych zapachów,
z tego wynika, że babcia piecze sernika.
Dziadek głaszcze swoją brodę, krzycząc, że PAN KARP
wypił z wanny całą wodę.
Mama tłucze jajka, wałkuje ciasto,
aż jej maku już brakuje niczym Wróżka
to oznacza, że szykuje uszka.
Barszcz czerwony - chwała BOGU już zrobiony.
Tato karpia na patelni smaży,
a wujkowi kolacja już się marzy.
I tak po krótkiej chwili wszyscy składają sobie życzenia
i są bardzo mili.
A dziadkowi uśmiechnęła się mina,
bo zobaczył, jak głodny wujek karpia z ościami wcina.
HEJ KOLĘDA KOLĘDA...
Gdy już smacznie sobie spałem,
tata strzelił z petardy, aż się ze snu zerwałem -
SYNU, SYNU to nie usterka,
wstawaj bo za pół godziny PASTERKA.
W kościele ludzi nie brakowało, a mnie się bardzo ziewało...
HEJ KOLĘDA KOLĘDA...
Następnego poranka mama do mnie:
nie rób takiej minki, bo dziś są JEZUSA NARODZINKI.
Babcia śpiewa kolędy, dziadek trzyma harmonię na kolanie.
A wujek głodny konsumuje śniadanie.
HEJ KOLĘDA KOLĘDA...
Ja tymczasem gwiazdę w rękę, ciepłą kurtkę
i po babci dobrych radach wyruszyłem kolędować po sąsiadach.
HEJ KOLĘDA KOLĘDA...
Gdy już gardło zabolało, całą gwiazdę śniegiem mi zawiało.
Pora wracać już do domku liczyć złotóweczki,
a wujek znowu głodny i zjadł kapusty pół beczki.
HEJ KOLĘDA KOLĘDA...
I tak Święta już minęły, pięknie było,
ale tak naprawdę za IV "c" BARDZO MI SIĘ ZATĘSKNIŁO.
HEJ KOLĘDA KOLĘDA...
I jak świat jest wielki, to karpia nie zastąpią żelki.
Ja zagram w REALU, wujek będzie wreszcie najedzony
I mam nadzieję, że każdy będzie zadowolony.
HEJ KOLĘDA KOLĘDA...


Patryk Pilawski
Klasa IV c



BOŻONARODZENIOWE PRZEMYŚLENIA

Kiedy spadnie śnieg, wiadomo, że to zima jest.
To czas na święta Bożego Narodzenia.
Gdy już zasiądziemy do stołu, w atmosferze ciepła życzenia złożymy,
czas na atrakcje - prezenty spod kolorowej choinki.
Gdy niespodzianka, którą przyniosła nam gwiazdka z nieba
rozpakujemy, czas na kolędy.
Moja mama uwielbia śpiewać,
najczęściej nuci "Lulaj że Jezuniu".
O 12:00 w nocy Bóg woła do kościoła.
Świętujemy narodziny Pana Wielkiego Jezusa Kochanego.
Ale gdy wracamy do domu, poduszka woła mnie: "Chodź spać".
Gdy się już kładę, wtedy czas na bożonarodzeniowe przemyślenia.
Niech zamilkną zwady, zawiść i ludzka złość.
W tę noc świętą stańmy się lepsi.
Wybaczmy dziś sobie w tę piękną noc,
miłość - najważniejsza cnota.
I myślę, że wszyscy, którzy przeczytali moje przemyślenia
pozytywnie pomyślą o tych pięknych, wspaniałych, miłych,
wesołych świętach...


Paulina Żurawska
Klasa VI a



Betlejemska gwiazda świeci,
Wypatrują ją już dzieci.
Już się wszystkim oczy mienią,
I policzki się rumienią.

Pod choinką moc prezentów,
Niesie bałwan dużo sprzętów.
Śnieg do okna już się wspina,
Tak szybciutko jak lawina.

Coraz zimniej, coraz bielej,
Już renifer biegnie śmielej.
Anioł skrzydła swe prostuje,
I nam życzeń nie żałuje.

Płatek tu za płatkiem leci,
Bo już nadciągają dzieci.
By bałwanka dziś ulepić,
Oczka z węgla mu doczepić.

Rodzice śnieżkami się rzucają,
I wcale się z tym nie ukrywają.
Babcia z dziadziem się przygląda,
Lekko zza okna sobie spogląda.

Czas świąt powoli, radośnie mija
Rodzinna atmosfera bardzo nam sprzyja
A Mikołaj nam obiecuje,
Że za rok znów tu przywędruje.


Sara Wiśniowska
Klasa VI a



Jest taki dzień jeden w roku
Ciepły, choć grudniowy
Zimowy puch leży na chodniku
Stoi choinka obsypana śniegiem
Wielka to nowina, że błyszczeć się pierwsza gwiazdka zaczyna
Wołają wszystkie dzieci - Wigilię czas zacząć
Na stole barszcz, pierogi i karp
Pod obrusem sianko
A Mikołaj stoi u bram
W ręce trzyma worek z prezentami
Bałwan z nosem ulepionym i kapeluszem pomarańczowym
Choinka ubrana od stóp do głów
Jest na niej masa zielonych sów
Wiatr za oknem świszczy
Mróz za oknem mrozi
Rudy kot siedzi pod choinką
Zaczepia bombki
Żółte, zielone, czerwone...
Drogi oblodzone niczym lodowisko
Na którym jest ślisko
Śnieg pada, pada, pada...
Zaspy na ulicach
A ludzie w kurtkach, czapkach i szalikach
Jedni drugim ślą życzenia
Kolędnicy stoją u drzwi.


Zuzanna Ścibiwołk
Klasa VI c



Magia Świąt

Śnieg pada, światła zgaszone
tylko ogień w kominku rozpalony.
Gdzie jest ta magia, która co roku nas przenika?
Może schowała się za dużą choinką?

Nakryty stół, rozłożone sztućce
tylko nie ma jednego - miłości.
Jedynie czerwony barszcz, który
jak serce na środku stoi i czeka...

Na niebie księżyc i mała gwiazda.
Taka mała, a taka wielka.
W oddali wiedzę jej blask.
To choinka, która stoi w domu.

Na stole karp i pierogi, które
każą nam iść do stołu.
Ale widzę spadającą gwiazdę na szczęście,
mieni się jak bombka na drzewku.

Powiedz coś miłego, przytul kogoś, nie czekaj,
bo to właśnie jest magia świąt, która
wyszła zza rogu i powiedziała:
Nie zapomnij o mnie!

Natalia Szuper VIa

III miejsce w Poetyckim Konkursie Bożonarodzeniowym



Radosna Nowina

Nastał grudzień
A z nim święta
Ziemia mrozem
Jest ściśnięta.

Biały puch
Pola otula,
Wiatr wesoło
Sobie hula.

Kolędnicy hałasują,
Radosną Nowinę zwiastują,
Że w stajence o północy,
Bóg narodzi się Tej Nocy.

Gospodynie w pośpiechu
Dwanaście potraw szykują,
To karpie smażą,
To barszcz z grzybami gotują.

Na śnieżnobiałym obrusie
Sianko i opłatek leżą
W oknie strojna choinka
Wydaje zapach świeży.

Pod drzewkiem na podłodze
Prezenty się piętrzą,
Pięknie zapakowane,
Co jeden to większy.

A gdy pierwsza gwiazdka
Na niebie zabłyśnie,
Przy stole wigilijnym
Gromadzą się wszyscy.

Ojciec zapala świecę
I czyta Ewangelię,
Że narodził się Jezus
W dalekim Betlejem.

I wspólna modlitwa
Napełnia pokój cały,
A potem Matka do ręki
Bierze opłatek biały.

Łamiąc się wszyscy opłatkiem,
Składają życzenia pospołu
I zgodnie z tradycją
Zasiadają do stołu.

Jedno puste miejsce
Każe pamiętać o bliskich,
Którzy w wieczór wigilijny
Nie mogą dołączyć do wszystkich.

A gdy przed północą
Kościelny dzwon uderzy,
Kto tylko może
Na pasterkę bieży.

I "Wśród nocnej ciszy..."
Kolędę echo niesie,
A zwierzęta szepczą cicho
W zaśnieżonym lesie.

I drzewom głoszą
Radosną Nowinę,
Że pójdą powitać
Maleńką Dziecinę.


Urszula Wolańska Vd

II miejsce w Poetyckim Konkursie Bożonarodzeniowym

 


Święta tuż tuż
Gdy
zabłyśnie
pierwsza gwiazda
na rozświetlonym niebie,
budzi radość w sercu u mnie i u Ciebie.
Blask
jej oznacza
przyjście Zbawiciela,
Jezusa w Betlejem narodzonego
dla ocalenia w przyszłości narodu całego.
Więc
rodziną całą
przy Wigilijnym stole,
narodziny dzieciątka świętujemy,
dzielimy się opłatkiem i tradycyjne potrawy jemy.
Karp
w galarecie,
pierogi z kapustą, kutia,
zupa grzybowa i barszcz czerwony z uszkami,
to przysmaki Wigilijne, które w każdym domu spożywamy.
Jest
też choinka,
pięknie ozdobami przystrojona
i nastrój świąteczny wśród rodzinnego grona,
gromadzi w szczęściu najdroższych przybyłych z daleka i bliska.
Msza Św.
Pasterką zwana,
jednoczy ludzi przy żłobie Pana.
nikną zwady, zatargi, nieporozumienia, kłótnie i złe słowa,
a głośny śpiew kolęd się unosi i szczęśliwą nowinę wszystkim głosi.
Dzisiaj
w Betlejem...
wesoła nowina...




Agnieszka Bąk, kl. VI c

II miejsce w Poetyckim Konkursie Bożonarodzeniowym



Świąteczne marzenia

Zamykam oczy...
I widzę dzieci piszące listy do świętego Mikołaja.
Tatę wieszającego światełka na choince,
obok małego Kajetana,
wspinającego się po drabince.
Widzę roześmiane dziewczynki,
nakrywające stół białym obrusem,
i dziadka niosącego szynki
oraz zmykającego z kuchni kota dużym susem.

Zamykam oczy mocniej...
i czuję zapach gotowanej kapusty,
pieczonego piernika
oraz smak kompotu z suszu.

Zamykam oczy jeszcze mocniej...
i słyszę kolędy... siostrę grającą na skrzypcach,
skrzypiący śnieg za oknem,
i mróz malujący świąteczne wzory na szybie.

Otwieram oczy...
Jest stół nakryty białym obrusem,
świąteczna świeca szepcząca kolędy,
smutny opłatek na talerzyku,
a na pustym miejscu dla niezapowiedzianego gościa,
rozsiada się stara znajoma... samotność!!!

Mała krępa Puenta,
wybrała się na święta,
kupiła prezent duży,
i w czasie świątecznej podróży,
spotkała renifera co oczy mruży,
ich podróż była uśmiechnięta, bo jechali na święta.

Pełni radości,
zabierali napotkanych gości,
wokoło było biało,
a ich serce szalało.

Gwiazda drogę im wskazywała
i na chmurach kolędy grała.

Wystrojona Choinka z grubym Mikołajem,
czekali przed domem.
Bardzo się ucieszyli,
że mogli przyjąć tylu niespodziewanych gości.


Ewa Oleszek, klasa VI a

I miejsce w Poetyckim Konkursie Bożonarodzeniowym



Tato w oknie gwiazdy czeka, "Cichą noc" cichutko nuci,
Z kuchni zapach piękny płynie, nikt się u nas dziś nie smuci.
Lśnią światełka na choince, bańki kolorami kuszą,
A pod drzewkiem paczki leżą ? w nich prezenty kryć się muszą.
Obrus biały, jak śnieg w polu, na nim zaś stroik jodłowy,
Sianka zapach, świeczek płomień i talerzy rząd gotowy.
Tato białą ma koszulę, mama odświętną sukienkę,
Gdy przynosi wazę z barszczem, tato bierze ją za rękę.
Wspólnie modlitwę wznosimy, za ten rok, co się zaczyna,
Proszą by Bóg błogosławił, w imię jedynego Syna.
Uszka w talerzach czekają, by je w ciepłym barszczu skąpać,
Potem wiele innych potraw po talerzu mym się błąka.
Tuzin ich przynajmniej musi, na tym stole dzisiaj gościć,
I spróbować trzeba wszystkich, bo to znak jest pomyślności.
By nas brzuchy nie bolały, mama kompot z suszu wnosi,
Pachnie pięknie cynamonem ? o wypicie aż się prosi.
Potem patera z ciastkami oczy cieszy znów na stole,
A my śpiewamy kolędy w naszym tu rodzinnym kole.
Spod choinki mi prezenty tata wyciągnąć pozwala
I teraz każdy się swoim podarunkiem już przechwala.
Miło, ciepło i przyjemnie spędzić święta wśród radości
Lecz to już tylko wspomnienie, które w sercu moim gości.
Dziś już tato mój, co odszedł, Święto wieczne ma gdzieś w Niebie,
A ja pielęgnuję pamięć, o tym, co On kiedyś dał mi z siebie.


Zuzanna Łyzak VIc

I miejsce w Poetyckim Konkursie Bożonarodzeniowym

 

 
 

Autorką pracy Święty Jan Paweł II moją drogą do świętości jest Zuzanna Łyzak, uczennica klasy VI c. Poniższy tekst uplasował się na I miejscu w ogólnopolskim konkursie "Moje wzrastanie ku pełni człowieczeństwa" zorganizowanym przez Stowarzyszenie Profilaktyki i Wspierania Rozwoju Osobowości Dzieci i Młodzieży "Wzrastanie".

 

Święty Jan Paweł II moją drogą do świętości

Tego dnia, jak nigdy dotąd, nie potrafiłam skupić się na słowach księdza prowadzącego Liturgię. Stałam wśród koleżanek, równie jak ja rozkojarzonych, szepczących między sobą
i chichoczących po cichu. Nie brałam udziału w ich rozmowie, jednak myślami byłam daleko od miejsca, w którym się znajdowałam. Promienie ciepłego, jesiennego słońca rozpraszały się w kolorowych szkiełkach witraży, delikatnie muskając wielobarwnymi odblaskami moją twarz. Myślałam o czekającym mnie popołudniu, jednym z ostatnich tak pogodnych tego lata, o zaplanowanym spacerze po parku, spotkaniu z koleżankami?

W tym momencie moje oczy zetknęły się z, pełnymi wyrzutu, oczyma mojej mamy. Szybko więc przywołałam się do porządku i skupiłam na tym, co działo się obok. Usłyszałam, jak ksiądz mówi o potrzebie dążenia do świętości, w dzisiejszym pełnym pokus świecie.
O powinności każdego członka Kościoła, by tę świętość w sobie pielęgnował i nie dawał się skusić pozornemu urokowi życia, coraz częściej "reklamowanemu" przez media.

Czym właściwie jest świętość - pomyślałam - i jak ją osiągnąć? Życiorysy Świętych, które znałam, przekonały mnie, że droga ku świętości nie jest łatwa. Brak zrozumienia
u innych ludzi, cierpienie, często samotność - to doświadczenia tych, którzy dostąpili kanonizacji. Mimo to żadna z tych osób nie wybrałaby innego życia. Co zatem dawało im tak wielką wiarę i ufność, że gotowi byli znosić wszystkie wyroki losu, chwaląc Boga i głosząc jego miłość? Znów byłam daleko od miejsca, w którym powinnam być. Postanowiłam odłożyć moje rozważania na później, gdy będę mogła zająć się nimi bez szkody dla rzeczy ważnych w danym momencie.

Popołudnie minęło bardzo przyjemnie. Park był, o tej porze roku, niezwykle piękny,
a towarzystwo koleżanek miłe. Nie myślałam o swojej "świętości" aż do wieczora. Wtedy to, jak echo, powróciły do mnie słowa usłyszane w Kościele: "dążyć do świętości". Czy ja mam zadatki na bycie świętą? I czy naprawdę chciałabym nią być? Pierwsza myśl podążyła
w kierunku trudu życia, jaki musiałabym wziąć na siebie, nie skarżąc się i przyjmując pokornie każdą przeciwność losu. Tu ogarnął mnie lęk. Każdy przecież boi się cierpienia, więc dlaczego ja miałabym się nie bać? Miałam dość swoich rozważań i mocno zaczęłam wątpić w to, że kiedykolwiek będę mogła być świętą.

Przygotowałam się do snu i w chwili, gdy już miałam kłaść się do łóżka, spojrzałam na półkę z książkami. Wśród nich stała ta, do której lubiłam często wracać. Zebrano w niej najważniejsze fragmenty wypowiedzi Jana Pawła II, tworząc z nich zbiór sentencji, stanowiących przesłanie Ojca Świętego. Najczęściej otwierałam tę książkę na dowolnej stronie, a potem wybierałam jedną z wypowiedzi i próbowałam zrozumieć jej sens. Tak zrobiłam również tym razem. Świętość polega na miłości - aż podskoczyłam z wrażenia, gdy przeczytałam te słowa. Oto znalazłam odpowiedź na wszystkie moje pytania. Zrozumiałam, że nie ważne jest, jak wiele z siebie damy, jeśli tylko każdym naszym czynem kierować będzie miłość. Czyż nie największym pragnieniem człowieka jest, by był kochany i sam mógł kochać? Stąd dążeniem do świętości jest szukanie w sobie i pielęgnowanie miłości, będącej obrazem Boga samego, który sam jest miłością doskonałą.

Z wdzięcznością spojrzałam na zdjęcie Jana Pawła II na okładce książki. Kolejny raz wskazał mi On drogę, rozjaśnił mrok mojej niewiedzy i smutek wątpliwości. Z oblicza na fotografii emanowała świętość, dobroć, mądrość i przede wszystkim miłość. Karol Wojtyła przez całe swoje życie dawał świadectwo Boskiej miłości. Zarówno wtedy, gdy jako dziecko klęczał u kolan swojego ojca, modląc się gorąco za spokój duszy zmarłej matki, jak
i wówczas, gdy musiał pozostawić ojczyznę, by przez resztę swojego życia sprawować niełatwą posługę papieską. Najbardziej zaś wówczas, gdy zmęczony chorobą, słaby
i cierpiący, nadal jaśniał światłem wiary, dając największe świadectwo miłości.

Wiedziałam teraz, co robić, by wejść na drogę do świętości i kroczyć nią. Wyzwanie to było niezwykle łatwe, a jednocześnie niesłychanie trudne. Wystarczy pielęgnować w sobie miłość, stać się miłością, która zjednoczy mnie z Bogiem - miłością niezmierzoną
i nieskończoną. Pragnienie miłości wydaje się tak duże, że droga ku niej powinna być łatwa. Jednak przewrotna ludzka natura często czyni ją bardzo trudną, bo niełatwo jest na przykład kochać kogoś, kto czyni nam zło. Równie trudno jest przyjmować z pogodną twarzą przeciwności losu. Dlatego dążenie do świętości wymaga ode mnie ciągłej pracy nad sobą.

Jestem chrześcijanką i jestem z tego dumna. Moja wiara stawia przede mną pewne wymagania, nie zawsze proste w realizacji. Głównym celem, do jakiego powinien zmierzać każdy chrześcijanin, a więc również i ja, jest dążenie do świętości. Chciałabym u kresu swojego życia choć w niewielki stopniu jaśnieć blaskiem, jaki widnieje na obliczu Jana Pawła II - mojego przewodnika do świętości. On woła nas słowami: Wstańcie, chodźmy!, uspokajając lękających się: Nawet jeśli te słowa oznaczają czas próby, wielki wysiłek i bolesny krzyż, nie musimy się niczego obawiać. Słowa te niosą bowiem w sobie także radość i pokój, które są owocem wiary. Boża miłość nie nakłada na nas ciężarów, których nie moglibyśmy unieść, ani nie stawia nam wymagań, którym nie moglibyśmy sprostać, jeśli wzywa, przychodzi z konieczną pomocą.

Te słowa oraz obrazy z życia Jana Pawła II staną się drogowskazami na drodze mego życia dla świętości.

 
 

 

 

Nie ma nic lepszego na jesienną chandrę, pluchę i zawieruchę jak poezja. Poniżej zamieszczamy zabawy słowne Patrycji Kiełtyki, uczennicy klasy VI a.

 

 

 

Ślimak

Ten ślimaczek, chociaż mały

jest niezwykle doskonały.

Swoje różki wciąż wychyla

i udaje krokodyla.

Dom swój dźwiga z przyjemnością,

ciągle ciesząc się wolnością.

 

Wiosna

Idzie wiosna polną dróżką

i rozmawia sobie z muszką.

Patrzy w strumień wody,

i niestraszne jej przeszkody.

 

Zimowy kwiat

Za wcześnie kwiatku, za wcześnie,

jeszcze nie zeszły zimowe pleśnie.

Północ jeszcze mrozem dmucha,

dąbrowa jeszcze nie jest sucha.

 

 

 

 
 

DAMIAN MAKOWSKI

 

SIEDLISKA, MÓJ DOM

SIEDLISKA, MIEJSCOWOŚĆ BARDZO BLISKA.

NIE MUSISZ IŚĆ TU NA PIECHOTĘ,

AUTOBUS UMILI CI DROGĘ.

OSIEM PRZYSTANKÓW W PIETNAŚCIE MINUT

I NA WSCHÓD USTAW SWÓJ AZYMUT.

SĄ TU DWA FORTY

JEDEN ZNISZCZONY,

A DRUGI NIENARUSZONY.

STO LAT TEMU BYŁA TU WOJNA,

AUSTRIA BIŁA SIĘ I ROSJA.

O WOJNIE TYLE! MOI PRZYJACIELE,

OPISZĘ WAM POLA, KTÓRYCH JEST TU WIELE.

TU RZEPAK SIĘ ZŁOCI, TU ZBOŻE DOJRZEWA,

NA ŁĄKACH MAKI, CHABRY, A WOKÓŁ RÓŻNE DRZEWA.

JEST TEŻ REZERWAT DZIKIEGO PTASZKA,

A JEGO NAZWA TO ŻOŁNA WŁAŚNIE.

PIĘKNE TO MIEJSCE, DLA MNIE NAJPIĘKNIEJSZE.

ZAPRASZAM GOŚCIU !

NA CAŁYM ŚWIECIE NIE MA DRUGIEGO TAKIEGO DOMU.



 

Weronika Białoń

Miasto cud

Wiecie gdzie jest Podkarpacie?

A czy miasto Przemyśl znacie?

Jeśli nie, to mówię szczerze,

Niech się kto żyw, tu wybierze.

Jest to wprost uroczy gród,

Daję słowo, miasto cud.

Piękne zabytki tutaj mamy,

Chętnie turystów zapraszamy.

Gdy wejdziesz w śródmieścia ulice,

Będą cię witać śliczne kamienice,

Jeśli pod górkę będziesz zmierzać,

Trafisz do zamku króla Kazimierza.

Jest tu katedra i kościołów wiele,

Pełnych przemyślan w święta i niedziele.

Stoi też pomnik Świętego Papieża

I bardzo wysoka Zegarowa Wieża.

Gdy będziesz w Rynku, to cię przywita

Wojaka Szwejka postać znakomita.

To nie przypadek ani pech,

Że przybył on z dalekich Czech.

Jeśli cię nie bolą nogi,

To przekrocz muzeów progi -

Jest Diecezjalne, jest Muzeum Fajek

I Ziemi Przemyskiej - ja nie plotę bajek.

Mamy też nowy na linach most,

Którym do miasta wjedziesz wprost.

Jest również tutaj całkiem nowa

Duża galeria o nazwie "Sanowa".

Gdy historię czujesz nieco,

To tutaj tubylcy ci polecą

Zwiedzanie miejsc trochę ponurych

- Takimi będą fortów mury.

Jeśli nie męczą cię podróże,

To podjedź na Tatarskie Wzgórze.

Stamtąd zobaczysz Przemyśl cały,

Piękny, cudowny, wprost wspaniały.

A zjeżdżając nieco w bok,

Trafisz na narciarski stok,

Gdzie również latem każdy może,

Po saneczkowym pędzić torze.

Przez miasto płynie San - to rzeka,

Która pięknością swą urzeka.

Na ostatek ci się zwierzę,

Że miś - bardzo miłe zwierzę

Jest w herbie mojego miasta,

Które kocham! Koniec, basta!



 

Weronika Świerczek

Hureczko

Hureczko - miejscowość, gdzie mieszkam trzy lata,

Dom zbudowali tu mama i tata.

I aby dla wszystkich rzecz była jasna,

Położona jest cztery kilometry od miasta.

Wokoło domu atrakcji mam wiele,

Wciąż odwiedzają mnie przyjaciele.

Możemy sobie dużo swawolić,

W bloku nie można sobie na to pozwolić.

Mam trampolinę, plac zabaw i pieska

I fajną sąsiadkę - to nie żadna beksa!

Ludzie w Hureczku są bardzo mili

I wiem, że nikogo by nie skrzywdzili.

Mam ciszę i spokój, bez spalin i zgiełku,

Jak bym to wszystko zamknęła w pudełku.

Uprawiam z mamą ogródek na zdrowej ziemi

Więc jemy smaczne warzywa, bez żadnej chemii.

Jest dużo zieleni, sklep, kościół i woda,

Więc jestem wciąż w ruchu, gdy jest pogoda!
Za moim domem jest duże boisko,

Tam klub San Hureczko wygrywa wszystko!

Znajomi rodziców, mieszkający w mieście,

Bywają u nas w niedzielę na kawie i cieście,

Bo lubią oddychać tym świeżym powietrzem

I przyglądać się pięknym widokom bajecznym.

To właśnie Hureczko - kochana wieś moja,

Uśmiechniętych, dobrych ludzi prawdziwa ostoja.

 

Wyróżnienie w miejskim konkursie literackim "Słowa z serca" w 2014 roku, zorganizowanym przez Gimnazjum Morawa w Przemyślu



 

Urszula Wolańska

 

Moje miasto

Na przemyskim Rynku

Niedźwiedź sobie stoi

Ani słońca, ani burzy,

Niczego się nie boi.

Patrzy misio na wzgórza,

Co miasto otaczają,

Na zamek i uczelnie,

Bo nowe powstają.

Patrzy na stare kamienice,

Jak się remontują

I na nowe osiedla,

Które się budują.

Patrzy na San,

Co jak srebrna wstęga się wije

I na kościoły,

Których jest aż tyle.

Na odnowione chodniki i ulice

I na nową obwodnicę.

Patrzy misio na sklepy i na galerię

I serce mu się raduje,

Że wciąż w herbie Przemyśla

Dumnie występuje.

Pilnuj, niedźwiadku, by mieszkańcy

Ulic nie śmiecili,

A gospodarze miasta

Dzieciom plac zabaw zrobili.

Pilnuj, by pieski

Trawników i chodników nie zabrudzały,

By fabryki powstały

I ludziom prace dały.

Są miasta bogatsze i większe.

A ja kocham moje miasto Przemyśl,

Bo jest najpiękniejsze!

Opublikował(a): Site Sheriff Data publikacji: 05-11-2023 19:32 Modyfikował(a): Site Sheriff Data modyfikacji: 05-11-2023 19:32

Na skróty